AAA (2009-01-20)
Moje ukochane dziecię, pod koniec tego roku, nie lada się rozgadało. Powtarza wszystko. Może czasem, tylko ostatni wyraz frazy, ostatnią sylabę słowa, tudzież nieco po swojemu, ale my się i tak świetnie rozumiemy.
Nowe, dźwiękotwórcze umiejętności stwarzają zabawne sytuacje.
Matka siedzi w kuchni. Wojtuś zagląda i mówi:
- „Cio tu jobisz?”
Matka z tatą skończyli jeść frytki. Młody jeszcze wcina. Tato odnosi nasze talerze i ketchup. Ni stąd, ni z owąt synek:
- „Psinieś kieciup”.
Są też pojedyncze słowa:
„kiłka” - nie, żeby jakieś chorubsko się u nas panoszyło, to po prosu piłka.
„gombki” - nie, żeby było gąbek na pęczki, to po prostu bombki.
„dosie” - nie, żeby matka prała w Dosi i ich ful miała, to po prostu znaczy proszę.
I coś na co długo czekałam, choć miś słyszał już sporo razy. Wieczoru pewnego Wojtek tak fikał, że już byłam zła. Nagle spokojnie położył się na oparciu kanapy, spojrzał mi w oczy i rzekł:
- ”Kochiam Cie”
Nie sądziłam, że zdenerwowanie i złość może przejść, w stan błogostanu, w ciągu jednej, pięknej chwili. Zaczęłam rozumieć znaczenie słów „rozpływam się”...bo się po prostu rozpłynęłam..