| |
W związku z chorobą siostry ciotecznej chłopców - Oli, u której zdiagnozowano autyzm prosimy o przeznaczenie 1% podatku na dofinansowanie turnusu rehabilitacyjnego. Nazwa OPP: Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" KRS: 0000037904,
w rubryce "informacje uzupełniające - cel 1%" wpisujemy Aleksandra Dębek :)
lanie wody - czyli pobyt u babci Ani cz.1 - 2010-07-29 13:40:07
Największą atrakcją na działce u Babci Ani był basen. W czasie tygodnia, który tam spędziliśmy żar lał się z nieba, więc właściwie to tylko plumkaliśmy w basenie. Całe dnie.


leniwie, w różnych konfiguracjach ale zawsze blisko wody

z Julią

Ale prawdziwa jazda zaczynała się gdy do akcji wkraczał Rafał. Na początku spokój i nudnawo

lekkie chlapanie na zachętę


Zachwyt na buzi Bartka ale to dopiero początek :)

potem to już było tak:


pisk radości Krzysia był słyszalny wiele kilometrów dalej :)


W którymś momencie Bartuś zaczął płakać - myśleliśmy, że się wystraszył czy zamoczył - a on też chciał, żeby Rafał na niego lał wodę. Więc Tata polał ale tak trochę obok i ciut mniej niż Krzysia. Bartek był rozradowany.


z serii Krzysiek powiedział - 2010-07-27 15:42:40
JA: "Krzysiu, co się robi po jedzeniu?" *
KRZYŚ: "beka się"
?????
*odpowiedź pożądana brzmiała: "wynosi się talerz do zmywarki"..... chyba jeszcze dużo wody upłynie zanim się tego nauczy :(

miejsce niezwykłe - 2010-07-26 11:41:50
Monika z Di wyciągnęły nas w miejsce niezwykłe. Miejsce opowiadające o przeszłości w sposób bardzo nowoczesny. Jakbyśmy się przenieśli do przyszłości. Żadne tam zatęchłe muzeum z zapachem myszy w tle, gablotkami pokrytymi kurzem. I z groźnym woźnym, który nie pozwala niczego dotknąć. Jasno, przestrzennie, świetliście, kolorowo. Dzieci mile widziane. Genialnie wykorzystano naturalną cechę dziecka - ciekawość. To żeby się uczyć dziecko musi dotknąć, pomacać, usłyszeć. Musi być też element zaskoczenia, ta niecierpliwość - co będzie za zakrętem, co w następnej sali - czym tym razem nas zadziwią. A Muzeum Chopina zadziwia na każdym kroku. Pałac Ostrogskich przy Tamce zamienił się w centrum nowoczesności - metalowe i szklane konstrukcje po których się chodzi, podświetlane panele, ukryte głośniki, ekrany dotykowe. Przy wejściu każdy dostaje elektroniczny bilet - kartę którą przykłada się do ekranów i aktywuje się tym samym dodatkowe funkcje - można odsłuchać listy, oglądać zdjęcia, przesuwać obrazy a wszystko to paluchem :)

Wydzielone szklane boksy dla tych, którzy mają ochotę posłuchać utworów Szopena. Oprócz tradycyjnych eksponatów muzealnych - jak nuty, listy, reprodukcje, pukiel włosów!! - pełno zaskakujących ciekawostek. Np. podświetlana mapa Polski z czasów Chopina - mapa po której się chodzi, pojawiające się "znikąd" ruchome cienie muzyków i publiczności w saloniku z instumentami.

Wysuwane szuflady z których płynie muzyka, fortepian nad którym w zależności od położonych nut pojawia się projekcja rąk pianisty grającego utwór, którego nuty się położyło. Staliśmy tam długo bo raz Krzyś a raz Domisia kładli nuty i sprawdzali czy faktycznie facet zacznie grać co innego :)



W lochach pałacu, do których schodziło się po schodach z podświetlanych, przezroczystych tafli szkła (wyzwanie dla Krzyśka, który ma lekki lęk przestrzeni) - w lochach były stanowiska z niezwykłymi książkami - niby przekłada się normalne strony - jakby z płótna ale kiedy się ich dotyka są one multimedialne. Można dotykiem włączyć muzykę, obejrzeć obraz, przewinąć coś Dopiero po dłuższej chwili się zorientowaliśmy, że jest tam skaner i projektor a "książka" to jedynie "podpucha" :)

Salonik Chopina w którym słychać duchy (jak powiedział Krzyś) czyli odgłosy codziennego życia - szeleszczenie kartek, kroki, pobrzękiwanie naczyniami.
Mnóstwo tego. Informacje podane ciekawie, z poczuciem humoru - bez jakiegoś zadęcia. Świetne były naprzemienne listy Chopina i George Sand pisane do jakiegoś przyjaciela, który szukał im mieszkania. Bomba :)
Ale i tak najfajniejsza dla naszych dzieci była sala zielona - sala zabaw. Na ścianach zamontowane "dziuple" a w środku ekrany z atrakcjami.


Krzysiek i Di rozwiązywali quiz - które przedmioty znajdują się w muzeum a których nie ma. A że była to pierwsza sala do której weszliśmy to potem latali po całym muzeum za punkt honoru mając odnaleźć wszystkie przedmioty z zabawy.

Można było skomponować utwór, ułożyć puzzle albo pokolorować obrazek


Jak widać poniżej Muzeum rzuciło nas na kolana ;)

Nasze dzieci zmęczone ale ukulturalnione :)

Podobało mi się, że wokół muzeum powstało kilka grafik/prac/ dzieł naściennych :) o tematyce Chopina


I była też złota kaczka - ale to już inna bajka :)


z serii Krzysiek powiedział... - 2010-07-24 19:35:12
"Krzysiu, co chcesz na kolację?"
"telewizję" pada odpowiedź

notka tysiąca zdjęć - czyli jak to było u PraBabci Stasi i Cioci Basi - 2010-07-24 17:50:41
Nie było wtedy jeszcze takich upałów jak teraz bo byliśmy na początku lipca- ale też było gorąco i słonecznie.

Basen był - oczywiście. Malutki, taki jednoosobowy

a może jednak dwuosobowy

i jeszce ryby się zmieściły - ile można przy odrobine dobrej woli :)

Kupiliśmy też drugi basen dla Bartusia - taki z pompowanym daszkiem. Gdy go nadmuchiwaliśmy Bartuś spał. Gdy basen był gotowy Babcia zawołała nas na obiad - Krzysiek poleciał pierwszy a ja stwierdziłam, że naleję jeszcze wody do tego basenu. W czasie obiadu Bartuś się obudził - Krzyś od razu chciał mu ten basen pokaazać. Ruszył biegiem na podwórko, z rozpędu, w butach, w ubraniu wskoczył do środka. Nie spodziewał się oczywiście, że jest tam woda więc poślizgnął się, wywinął orła mocząc się kompletnie i w jednej sekundzie wystraszony wyskoczył z wody. Myślałam, że umrę ze śmiechu - taki był zszokowany całym zajściem. I tylko rzucił mi oskarżające spojrzenie, że mu nie powiedziałam o tej wodzie. Hmmm miała być niespodzianka - i w sumie była, nawet większa niż się spodziewałam. :)
Był też kocyk w cieniu drzewa - pełen klocków, książek, kartek i kredek. Ale nawet pośród tego bogactwa możliwości można było się nudzić ;)

Chciałam zrobić im wspólne zdjęcie portretowe - trudne zadanie - jakbym fotografowała dwa płochliwe motyle albo raczej dwa kręcące się wokół bąki :)

Nie wiem co tu Krzyś robi ale minę ma po prostu zdjętą ze skupionego na jakiejś dłubaninie Rafała.

Bartuś jak jest skupiony podobnie marszczy brwi - tu doskonali sztukę zdejmowania butów

Kiedy tam jesteśmy całe babcine podwórko jest upstrzone zabawkami - tu Bunio odkrył radość siedzenia w namiocie. Zabawa w chowanego do namiotu powtarzana była setki razy :)

Krzyś na "diabelskiej" huśtawce. Ciocia Basia nerwowo nie wytrzymywała jak Krzysiek się na niej bujał. Cały czas powtarzała, że spadnie. I oczywiście spadał - kilka razy ;)

Bartkowa postawa roszczeniowa - krzyczy oczywiście "maaaamoooooo"

Bartek w promieniach słońca

Gdy tylko Krzysiek się kładł mały agresor od razu wskakiwał mu na plecy - ale Krzyś ma niesamowitą cierpliwość i z humorem podchodził do wygniatania mu wnętrzności

Bunio zapatrzony w brata jak w obrazek

Bo z bratem zawsze fajnie jest 
nawet jeśli nie robi się czegoś nadzwyczajnego - zwykłe przewalanki


Ostatniego dnia pobytu zjechała się reszta rodziny i zrobiło się nas tam duużo. I nareszcie ja mogłam odpocząć bo Bartkiem zajęłą się Iwcia

a Krzyś pokazywał tacie jak potrafi czytać i jak długo potrafi wisieć na trzepaku

Długo się nie naodpoczywałam bo Bartkowi przypomniała się świetna zabawa - czyli kółko graniaste. A w to, tylko z mamą można :)



Myślałam, że zrobienie zdjęcia dwójce szybkich dzieci jest trudne - ale zrobienie zdjęcia: dzieci + rodzice - to dopiero wyzwanie ;) Niewykonalne - jeśli ma się do czynienia z naszą rodziną




Na koniec wizyty chłopcy jeszcze raz usiedli sobie na swoim ulubionym miejscu - "na progu".


draka to nie byle jaka - Krzyś gubi pierwszego mleczaka - 2010-07-20 15:13:43
Ruszało się to to już od kilku tygodni, męczyło, drażniło i dziś wreszcie wypadło.
Krzyś mając 6 lat, 5 miesięcy i 10 dni stracił prawą, dolną jedynkę.


o początku i o końcu - 2010-07-19 22:35:41
Jeszcze o pobycie u Babci Stasi będzie.
Chłopcy jak widzę podtrzymują rodzinną tradycję zapoczątkowaną przeze mnie. Ilekroć byłam na wakacjach u Babci to coś mi się musiało przytrafić: a to mnie ugryzł pająk i spuchłam jak bania, a to bąk w kolano, to najadłam się niedojrzałego zielonego groszku albo zeżarłam całą torbę mirabelek zebranych przy głównej drodze (wszyscy pogardzili moim zbiorem pełnym ołowiu więc ze złości zjadłam sama), było też szukanie na gwałt dentysty. Za każdym razem jakiś ubytek na zdrowiu - a w tamtych czasach prywatnych lekarzy jak na lekarstwo, do przychodni spoza rejonu ciężko się dostać. Ech wspomnienia....
Już pierwszego dnia Bartuś zaczął nam się dawać we znaki. Maruda i mazgaj aż szlag człowieka trafiał. Od razu przypomniał mi się jego "występ" na kempingu. "No pięknie, mama miała rację on po prostu nie lubi wyjazdów" Otóż nie. Wyjazdy lubi, nie lubi mieć odparzonej pupy!! A właściwie jąderek. Przed wyjazdem w sklepie nie było Pampersów więc kupiłam Happy Belli - różnica wyczuwalna w dotyku - więcej plastiku. I nie wiem czy za rzadko mu zmieniałam w upał, czy czegoś nie doczyściłam, czy po prostu są do bani - bo się odparzyło - kolor fioletowo- bordowy. Jak trafnie ujął to Rafał "jajeczka ugotowały się na twardo". Dziecko chodziło okrakiem, darło się gdy chciałam posmarować albo gdy chciałam, żeby bez pieluchy polatał. Ale mąka ziemniaczana i Alantan czynią cuda. No, to był taki początek naszego pobytu.
Dnia ostatniego z kolei Krzyś pokazał co potrafi. Od razu napiszę, że nic się nie stało choć dla nas wyglądało to groźnie i napędziło nam strachu. Kazałam mu umyć ręce przed obiadem. Poleciał do kuchni, my wszyscy na podwórku. Po chwili leci z wrzaskiem i płaczem, że się poparzył. Rękę od razu do miski pod studnią wsadziliśmy, ja mu od razu pompowałam lodowatą wodę. I w ogólnym rozgardiaszu zaczęliśmy się pytać co się stało. Rozpętała się afera. Od razu przypomnieliśmy sobie, że na jedej z komór w zlewie Babcia położyła deskę do krojenia a na niej postawiła prodiż, w którym robiła obiad. Więc od razu wszyscy na raz, że o ten prodiż się poparzył. Rafał wyjął biedną krzysiową łapkę spod strumienia lodowatej wody a tam białe plamy: "Matko, pęcherze mu się robią". Od razu wysłaliśmy go do apteki po jakieś medykamenty. I dopiero po kilkunastu minutach Babcia sobie przypomniała, że przecież ten prodiż to ona dawno już wyłączyła (bo jak był gorący to cały czas przecież przy nim siedziała - bo dzieci ...). Sprawdziliśmy - faktycznie prodiż był tylko ciepły. Krzysiek powoli doszedł do siebie i okazało się, że się oparzył wsadzając rękę do drugiej komory w zlewie, gdzie do miski jakiś czas temu Babcia odlała ziemniaki. "Ale w tej misce była już zimna woda więc się wymieszało" powiedziała babcia. Sprawdziliśmy - faktycznie woda w misce to nie ukrop tylko mocno ciepła (na pewno nie parząca) woda. A pęcherze na dłoni, które zobaczył Rafał to białe plamy od lodowatej wody i napiętych mięśni (kazaliśmy mu trzymać rozpostartą dłoń) - ja też takie zauważyłam u siebie po tym jak trzymałam jego rękę swoją. Po tym jak dłoń wyschła nie było nawet zaczerwienienia na skórze. Skąd u niego taka nadmierna reakcja nie wiem. Nasza reakcja była jak najbardziej uzasadniona. Potem oczywiście się śmialiśmy z tego ale na początku do śmiechu nam nie było. I baliśmy się o babcię, żeby po takich emocjach ciśnienie jej nie skoczyło.
A Krzyś spuentował to tak: "No, Bartuś zrobił cyrk na początku wyjazdu to ja na koniec musiałem" .
Taaa nie ma jak zostawić po sobie miłe wspomnienia :)

na progu... - 2010-07-19 10:43:54
Wyjazdowe mamy te wakacje. Wprawdzie żadne tam Seszele czy Malediwy a blisko, bliziuteńko. Ważne, że jest wesoło, radośnie i smacznie :) Najpierw spędziliśmy tydzień w Otwocku u Prababci Stasi i Cioci Basi. Babcia jak to ona - rozpieszczała chłopaków kulinarnie. Stąd tyle zdjęć na progu - bo to ulubione miejsce chłopaków do wcinania przekąsek, słodkości. I jedyne miejsce gdzie można im było zrobić zdjęcie razem :)
Babcia zawsze mówi, że brudne dzieci to szczęśliwe dzieci- taaa szczególnie gdy brudne wcinają ptysie:)



albo jagodzianki

Zawsze mnie rozczula widok umorusanego dziecka ...

Namawianki, tajemnice, dziecięce sekrety....

i wybuchy śmiechu ...

Moje dwa przytulaki - pasibrzuchy:)

Nie wiem jak Babcia to robi ale wszystko u niej smakuje najlepiej. Zwykła pomidorówka, barszcz czerwony, placki ziemniaczane. Nikt nie robi tego tak jak babcia. A zapach drożdżowego ciasta cioci Basi - hmmmm. To są moje smaki dzieciństwa. I jeszcze kisiel porzeczkowy, pierogi z jagodami, a pod koniec sierpnia knedle ze śliwkami. A do wszystkiego dużo śmietany, prawdziwego masła i zasmażka :) kardiolog by się za głowę złapał. Żadnych wymyślnych dań, żadnych wymślnych przypraw - prostota. Ale smak niepodrabialny. A po obiedzie - obowiązkowo spacerek na lody włoskie do Oskroby. Tym razem musieliśmy jednak lody odpuścić - bo gardła chore, w zamian były pączki.

pięknie jest - 2010-07-12 17:41:53
Sposób Krzysia na ochłodzenie - polecam :)


Drugi ulubiony sposób tym - razem mniej ekstremalny :)

Bartek jest tradycjonalistą w tej dziedzinie

choć jak widać potrafi urozmaicić sobie zwykłe siedzenie w basenie :)

Po prostu pięknie jest...


Razem ....


o Pułtusku - 2010-07-08 13:59:50
Rafał dostał bojowe zadanie znalezienia miejsca na niedzielną wycieczkę. Kryteria miał niełatwe - gdzieś blisko nas i tak żeby nie tylko zwiedzać można było ale też żeby na łonie natury łyk świeżego powietrza wdechnąć. I znalazł Pułtusk - takie niepozorne miasteczko. Jakieś mury, jakiś zamek, jakaś baszta i trochę wody do okoła. Jak dla mnie jedna z fajniej spędzonych niedziel tego roku.
Zaparkowaliśmy się na rynku pod basztą, w której jest muzeum. Na moim zdjęciu baszta niczym krzywa wieża w Pizie 
i ruszyliśmy na rundkę po najdłuższym rynku w Europie. Napierw lody, potem Kościół -co jak można się domyślać nie wzbudziło entuzjazmu Krzysia ani Bartka. Dopiero jak zobaczyli fontannę poczuli przypływ energii.



Iwcia uchwyciła tu cechę charakterystyczną kroku Bartusia - on jest właśnie taki - dziarski, taki "hop do przodu"

Trudno było odciągnąć ich od sikających strumyczków ale tuż obok był zamek i też sporo wody

i widoki

Bartek zobaczył ludzi płynących na rowerze wodnym, usiadł na brzegu i zaczął zdejmować butki - bo też chciał popływać

My też nabraliśmy ochoty :)

Bartkowi niezbyt podobał się kapok. Ale raczej grzecznie siedział, wcinał winogrona i paluszki. Gdy po jakimś czasie mu się znudziło to przybiliśmy do brzegu dla rozprostowanie kości. A potem znowu na wodę :)




Najbardziej jednak podobało się Krzysiowi, usiadł sobie z przodu i sterował.

A potem poszedł na dziób i tam leżał - piszcząc i przeżywając nadpływające motorówki, które robiły fale :)

Po wyprawie rowerowej :) poszliśmy rozprostować nogi - Krzyś znalazł scenę, na którą oczywiście wskoczył i powiedział nam wiersz. Bartek mu pozazdrościł i razem już się wygłupiali.

Bartkowi tak się spodobało, że wcale nie chciał zejść. Chował się w zakamarki i nijak Krzyś nie mógł go sprowadzić na dół.

Dopiero nam udało się go przekonać, że czas skończyć występy i iść dalej

Na zakończenie poszliśmy do muzeum w baszcie. Rafał wymiękł na myśl o wspinaniu się na 7 piętro (wcale się mu nie dziwiliśmy bo ciężar napędzania roweru wodnego z pięcioma pasażerami spoczywał niemal całkowicie na nim).
Muzem w którym pokazane były minerały, jakieś resztki meteorytu, narzędzia i przedmioty wykopane w czasie prac archeologicznych - po prostu stworzone jakby dla naszego Krzyśka. Każda gablotka budziła głośny entuzjazm. Chciał, żeby mu czytać i objaśniać wszystko. Nawet wykrzykiwał coś w stylu: "No, to się nazywa muzeum" "Nie ma jak w muzeum". A najśmieszniejsza była pracowniczka muzeum, młoda dziewczyna, która z taką obojętnością chodziła za nami, taka znudzona że aż jej żal było. Ja rozumiem, że nie jest to Muzeum Narodowe z tłumem zwiedzających i ze światowej klasy dziełami i że się musi nalatać po tych schodach więc może to nie jest jej szczyt marzeń zawodowych. Ale to smutne, że nawet emocje dziecka cieszącego się na widok tych eksponatów, emocje wyrażane tak żywiołowo, spontanicznie i prawdziwie - nie dają jej choćby ciena satysfakcji, nie wywołują odrobiny uśmiechu...
Uśmiechu za to nie zabrakło Bartkowi - najbardziej w muzeum zachwyciły schody - wąskie i kręte na które wspinał się samodzielnie.

Ostatnia prosta i z wieży można będzie podziwiać panoramę Pułtuska.

I na koniec najważniejsza dla Krzyśka wizyta - Mcdonald. Dopiero po zjedzeniu Happy Meala ogłosił, że wakacje uznaje za oficjalnie rozpoczęte. :)

Archiwum: 2006: kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2007: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2008: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2009: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2010: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec
|
|
2005-10-02
Skąd nazwa Bobik?
Krzyś miał może z rok i 7 m. uczyłam go jak ma na imię. I kiedy po raz setny o to zapytałam popatrzył mi w oczy, zrobił zawadiacką minę i powiedział "Bobik" . Prawie umarłam ze śmiechu.
2009-01-12
Bartek: waga 4.9 kg
wzrost 57 cm
2008-11-25
urodził się Bartuś
2006-10-10
Krzyś śpi bez pieluchy :)
2006-09-04
Pierwszy dzień Bobika w przedszkolu
2004-04-25
Chrzest - ciocia Iwonka i wujek Tomek w roli rodziców chrzestnych
2004-02-10
około 16 we wtorek urodził się Krzyś
2002-09-07
Ślub rodziców
|
|