Wczorajszy dzień przysporzył nam tylu emocji, że o mały włos nie wylądowałam na porodówce. Chwila trwogi trwała jakieś 15 minut, a dla mnie to była cała wieczność. A całe zdarzenie zaczęło się od pewnego telefonu...
Około godziny 14:00 zadzwoniła do mnie babci ,która wracała właśnie z cmentarza i po drodze chciała odebrać Zuzkę z przedszkola. Dla mnie to było na rękę bo miałam parę rzeczy do skończenia i nie musiałabym ich przerywać. Zgodziłam się więc z miłą chęcią.
Po kilku minutach zadzwoniła ponownie babcia z wyrzutami czy odebrałam jednak Zuzę, bo nie ma jej w przedszkolu.Ja zaczełam krzyczeć do telefonu,że nie i żeby dobrze sprawdziła w sali i szybko do mnie oddzwoniła. W głowie miałam mętlik. W pośpiechu zaczęłam sobie sama tłumaczyć,że wszystko będzie ok. i pewnie babcia trafiła do złej sali.
Po chwili z rozmyślań wybił mnie ponowny telefon od babci, ucieszyłam się, bo pomyślałam,że teraz się wszystko wyjaśni....
tymczasem dowiedziałam się,że Zuzy wcale nie ma w przedszkolu, choć jej rzeczy wiszą na wieszaku, a Pani powiedziała,że Zuzią niedawno wyszła z ciocią. Ponoć Pani zapierała się,że sama ją osobiście odprowadzała na dół do szatni i przekazała tej kobiecie.
Jaka znowu ciocia do jasnej cholery???????!!!!!!!!
Jedyną ciocią która sporadycznie odbierała kiedyś Zuzkę, była moją siostrą, ale w chwili obecnej Ewka pracowała do godziny 16:00, a sam dojazd z pracy do domu zajmowała jej jakąś godzinę, więc to było fizycznie niemożliwe,żeby ona ją odebrała.
Zdenerwowałam się tak,że krzyczałam do słuchawki,że zaraz tam przyjdę i im wszystkim pokażę, za to że pozwolili mojemu dziecku wyjść z przedszkola. Bo do tego,że nie poszła kimś obcym byłam pewna w 100%.
Po jakiejś minucie od ochłonięcia w głowie układałam sobie plan poszukiwań. Byłam pewna,że jeżeli Zuzia sama opuściła przedszkole, to spokojnie trafi sama do domu. Stojąc w windzie z zamiarem pójścia do rodziców i sprawdzania, czy aby na pewno to oni jej nie zabrali, pomyślałam,że dam klucze młodszemu bratu aby stała przed klatką i czekał w razie czego na Zuzię z którą mogę się minąć w drodze do rodziców.
Nim winda zdążyła dojechać do parteru, odebrałam kolejny telefon od babci,że Zuzia jest cała i zdrowa, i że była po prostu w innej sali, a Pani coś źle skojarzyła. Choć babcia wyraźnie powiedziała imię i nazwisko. Pani zaś na swoje usprawiedliwienie powiedziała,że Zuziek mają dużo w przedszkolu. No faktycznie pomyślałam sobie,ze trzy Zuzy na 7 grup to strasznie duużo!!!!!
No ale dobrze,że cała historia skończyła się jako wielkie nieporozumienie.
Wyobraźcie sobie jakie było zdziwienie Zuzi,jak do sali wparowała babcia razem z dyrektorką i Panią po jedną Zuzankę. Wszystkie babki były blade i zdenerwowane pewnie nie mniej ode mnie. Zuzia za to nie wiele rozumiała i zadowolona była, że dostała zaległy prezent od zajączka w postaci wielkiej księgi przygód pieska Reksia i kinder jajka.
Całe zdarzenie dało mi wiele do myślenie.
Jak łatwo można w naszym kraju porwać dziecko?!
Finałem całej wczorajszej historii, była długa rozmowa z dzieckiem o tym,żeby pod żadnym pozorem z nikim poza rodzicami i dziadkami nie wychodziła z przedszkola. Choćby jej złote góry obiecali.....
Moje mądre dziecko powiedziała,że przecież ona wie że na pewno nie pójdzie z nikim innym.
a to ostatnie zdjęcie "zaginionej" na kilka minut przed święceniem pokarmu