« Poprzedni blog Następny blog »

Załóż teraz swojemu dziecku rodzinny pamiętnik

ZAPISKI Z MOJEJ GŁOWY

Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, wszelkie prawa do wszystkich fotografii i tekstów na tym blogu sa własnością autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie jest zabronione.

9536




 
Pryzmat.
2010-03-10  8:20:01

Narada rodzinna.

Kupić elektryczną szczoteczkę z dodatkami czy nie kupić:

- Jak ma ci to pomóc i ratować twoje zęby to bierz!

- No tak, ale o jedną to się dziewczyny tłuc będą.

- To nie dla nich, to dla Ciebie ma być!

- No tak, ale ja jestem… Wiesz… Ja jako „ja sama” zanikam gdzieś, jestem niejako przez nie zdefiniowana. Nie ma tylko mnie. Jesteśmy razem…

 

I tego się przeraziłam. Tego kontekstu. Mojego zanikania. Rozmycia się…

Z jednej strony wizualnie i odrębnie się definiuję…

Z drugiej…

Woda jest głęboka, bardzo głęboka, a ja słaba…



 
 


 
Szok
2010-03-09  14:15:28


Jestem w większym szoku niż ostatnio…

Szok, szok, szok…

 

Moja pulsująca z bólu szczęka opadła… czyżbym do dentysty wrócić musiała?

Ach…

No…

Kłaniam się ślicznie wszystkim co w tym palce maczali…



 
 


 
Ferajna w domu.
2010-03-09  14:14:29


Nie są obłożnie chore. Ale Lokata jedna z nosa wylewa smarków tysiące, a Kreolka druga w nocy kaszlem studziennym zaszalała…

W domu zostały…

Błaznowały…

Skakały…

Malowały…

W końcu na basen poszły…

Stroje na ciuchy założyły, czepki na głowę i dalej w toń łóżka się rzuciły pływać…

- Chodź zapalimy się… -rzuciła Kreolka…

I poszły…

Do zabawy nie chciały mnie zaprosić. Później gdy na balet zabrać chciałam starsza mi powiedziała…

- Ja dziś nie chcę iść na balet. Ja chcę się jeszcze pobawić z Lokatą!

I została, bo matkę niemoc ogarnęła, ręką ani nogą, ruszyć nie umiała, padła osłabiona, dzieci spod półprzymkniętych powiek obserwując…

 

Aaaa…

I posprzątały po sobie pięknie…

Szok!



 
 


 
Pustka
2010-03-05  10:30:03


Skończyłam i czuję pustkę. Nie wiem gdzie podziać myśli moje. Nie mam czym rąk zająć. Oczu męczyć.

Tak…

Czy to objawy uzależnienia?

Czy to minie?

Pewnie tak, ale znów muszę…

 

Czytać…

A dawno już nie czytałam. Oj dawno. Tyle, że nie umiem czytać normalnie, codziennie po stron parę, ja muszę od razu jednym chałstem wypić słowa wszystkie, bo co dalej mnie ciekawi… A potem pustka taka… Jakby mnie ktoś opuścił… i chciałabym by książka dalej napisana była i dalej…

I niedosyt mam…

 

Jedno wiem. Od czasu śmierci, co o mnie się otarła, inaczej czytam. Mam taką namacalną świadomość, jak to po stracie boli, jak się wdziera w duszę i jaka niemoc człowieka ogarnia, gdy już wie, że nigdy przenigdy myśli z innym nie zamieni, nie powie mu, że go kocha lub, że rację miał lub nie, już nigdy niczym się z nim nie podzieli…

Pustkę mam wokół siebie…

Taką pustkę, co pulsuje i co sama w sobie pustką nie jest, a splątaniem w niemoc myśli, czynów i uczuć…

 

A jednak pustkę czuję…



 
 


 
Uwzięło się…
2010-02-23  23:02:15


Od wczoraj, gdy robiłam małe co nieco dla znajomych, wszystko szło jak po grudzie.

A to nie to co trzeba nacisnęłam.

A to nie tu gdzie trzeba kursor przestawiłam.

Nie to co trzeba zaznaczyłam.

Coś wykasowałam.

A to nie taką teksturę załadowałam.

A to o suficie zapomniałam.

A koniec końców źle zapisałam.

I co?

Dupsko….

A tak się starałam…

 

Dziś od nowa.

Ble…



 
 


 
Pułapka
2010-02-23  18:26:06

Pułapka

 

Myślotok.

Słów nieokiełznany bezmiar.

Tłum i kolejka nie uformowana, z takimi co wyrywać się lubią do przodu…

 

Tak.

Tak.

To się dzieje w mojej głowie. To jest coś czego przelać w słowa nie umiem. Na kartce zgrabnie nie uformuję. Tego jest ZA DUŻO! Niech ktoś ode mnie to weźmie! Niech mi Albus Dumbledore użyczy swoich magicznych kul pamięci… czy jakkolwiek się to nazywało. Odeślę tam część mącących się w mojej głowie wątków i może moje zwoje znów odetchną…



 
 


 
Dialogi na cztery nogi
2010-02-20  17:46:20

 

Starostwo wychodne miało. Późnym porankiem Lokate dziecie telefonem ich ze snu wyrwało:

- Halo? Mama?

- Tak. Cześć kochanie!

- Ślimaki zrobiłam!

- Ooo!

- Ślimaki!

- A te ślimaki po parapecie chodzą?

- Nie! Po stole!

- Zrobiłas im też sałatkę do jedzenia?

- Nie! Tu mają

- Acha…

- Mama…

- Tak?

- Przyjechaj do mnie!

- Już jadę!

- Tata? Jest Tata?

- Już daję ci Tatę..

- Tata ja całą zupę zjadłam.

- Uhum… - bąknął nieprzytomnie…

- Całą zupę zjadłam!!!

- To super! Brawo! – poprawił się tata…

- Papa!

- Papa!



 
 


 
To coś…
2010-02-18  9:13:39

 

To coś, o czym ja marzyłam całe życie, mają one dwie. I choć w związku z tym ich codzienność jest narażona na rywalizację i znoszenie widzimisie innego małego człowieka, to zyskują na tym taką niesamowitą i nierozerwalna łączność.

 

Fikolanidia – tudzież inna bajadocka nazwa, miejsca gdzie dzieci brykają nieznośnie…

Młodsza starszej szuka. Odnalazła. Przytula się. I siostra się przytula.

Za ręce się łapią. Razem już w jednym kierunku podążają…

Gdzieś na górze, jedna drugą na linie przesuwa…

Młodsza za starszą równym krokiem prawie… zachwycona…

Starsza, że młodsza kroku jej dorównuje… wielce zadowolona…

Jedna za druga patrzy…

Na tą chwilę innego towarzystwa im nie potrzeba…

 

Bajka…



 
 


 
Teatr
2010-02-15  8:35:46

Wczoraj...

Jakiś czas temu umawiałam się by razem do teatru ruszyć. Zapomniałam oczywiście na czas zajrzeć tu i tam, by zarezerwować to i owo. Przypomniało mi się dopiero z rana. Oczywiście Internet odpaliłam, sprawdziłam co sprawdzić miałam, a dalej rodzinę namawiałam.

Niemoc była jednak z nami, do czasu aż samozapłon nastąpił i wszyscy nabrali wielkiej chęci do teatralnego ukulturalnienia się. Nie patrząc na czas, jaki nas otacza ruszyliśmy jak z atomowym dopalaczem, Moje panny sprintem się ubrały. Buty na zmianę przygotowały i przy drzwiach gotowe do wyjścia stanęły. Ojciec im dorównał i w te pędy do auta, bo odśnieżyć i odpalić już trzeba. Matka w podskokach za nimi do auta wpadła. Siadła i pojechali…

 

Jadą… Jadą… Jadą…

Telefon jeden - Mamo jedziemy, nie czekaj na nas!

Telefon drugi - Już jedziemy czekajcie na nas!

I wtedy mój wzrok na zegarek pada. Szczęka opada… i szeptem prawie…

- Wiesz, że nie zdążymy? Za dziesięć czwarta! – A my w najlepszym razie pół godziny drogi przed sobą mamy – Nie wpuszczą nas pół godziny po rozpoczęciu spektaklu!

- No nie… nie ma szans… może gdzie indziej…

- Ale gdzie? Będzie masakra piłą mechaniczną jak się dowiedzą, że nie jedziemy jednak!!!

- Może na kulki do fikolandu… to działa zawsze…

- Działa, działa a jak nie zadziała?

- ….

- Dziewczyny – zaczynam ostrożnie, ale zaraz się poprawiam, bo widzę, że Lokata śpi w najlepsze – Kochanie wiesz co… Nie zdążymy jednak… za późno wyjechaliśmy. Może zamienimy spektakl na kulki? Pizzę? Albo lody?

- Tak! Tak! Jedźmy najpierw na kulki, potem na pizze, a potem na lody do makdonalda!!!


 
 


 
Biegun północny…
2010-02-12  9:27:22

Była sobie wyprawa jedna. Nie daleka, a bliska. Taka zwyczajna, codzienna a inna...

 

Pewnego styczniowego wieczoru, gdy temperatura sięgała około minus piętnaście stopni. Rodzina Eskimosów postanowiła wybrać się do centrum Iglolandi* w celu uzupełnienia brakujących wiktuałów w ich lodowej spiżarce. Zwykle jeden ze starszych Eskimosów zajmuje się tymi sprawami, jednak tym razem postanowili się wybrać całą rodziną. By dać dzieciom życiowy przykład.

Tak, więc poubierali się grubo. Dwie warstwy spodni, grube swetry, kurtki czapki z nausznikami, szaliki za nos sięgające, buty ze skór reniferzych…

Sań dwie sztuki do zaprzęgu ustawili… i wtedy sobie przypomnieli, że psów już od dawien dawna nie mają… bo, na co dzień skutera śnieżnego* używają…

- To nic…  - pociągniemy sami - rzekł tata Eskimos łapiąc za sznur od pierwszych sań. Ruszyły gładko. Śnieg pod płozami pięknie skrzypiał. Dzieci zadowolone, obserwowały zasypane śniegiem i tonące w ciemnościach zarysy okolicy. Mróz trzymał mocno. Po chwili można było odczuć jego niszczycielskie i wychładzające działanie. Ale już tuż, tuż byli. Już widzieli błyszczące światła Iglolandu. Już tłum innych ich porywał.

Sanie w bezpieczne miejsce odstawili. Wózek przeogromny wzięli i na łów delikatesów wszelakich ruszyli. I tak się zaczęło. Tata, mama i córki eskimoski w szaleństwo nabywania wpadli. Czasem mama próbowała poskromić tatę. Wspominając, że psów nie mają, a skuter w domu został. Ale nie pomogło. Więc mama cichaczem, co większe gabarytowo delicje w Iglolandzie zostawiała, z paru rzeczy świadomie zrezygnowała, ale i tak cały wózek dobrami wypełnili po same brzegi.

I do kolejki… do kasy…

Jak to się stało, że mamy Eskimos przy pakowaniu nie było, mama nie pamięta. Starczy jedynie powiedzieć, że tata Eskimos zapakował wszystko do jakiś 20 reklamówek, na widok czego mama Eskimos prawie omdlała. Przez głowę jej przeszło, że może jednak poślę głowę rodziny po ten skuter śnieżny…

Szczęściem, okazało się, że tuż za kasami jakiś stoliczek do rysowania dla dzieci był. Małe eskimoski zajęte. I duże też zajęte. Małe rysowaniem, duże przepakowywaniem.

Udało się większość załadować do jednej wielkiej parcianej torby z napisem Igloland. Część do plecaka taty, część do torby mamy i część do jeszcze jednej torby, co miejsce z dużą parcianą na pierwszych saniach dzieliła.

Małe eskimoski siedziały ściśnięte na drugich saniach. Między sobą trzymały płyn do spryskiwaczy do skutera śnieżnego… zadowolone i uśmiechnięte od ucha do ucha wołały:

- tato, tato szybciej!

Po drodze były jednak komplikacje. Szczelinę wielkości ulicy pokonać trzeba było. Więc najpierw rodzice maleństwa swe przeprowadzili, a potem tata dzielny Eskimos po wiktuały wrócił… a emocji ile było…

- Tata szybko, żeby NIKT nam tego nie zabrał!

- Idź już, idź!

Potem już więcej niespodzianek nie było. Dodam tylko, że na którymś tam zakręcie pierwsze sanie się wywróciły rozrzucając torby na boki. Ale szybko i w śmiechu się uwinęli. Pozbierali, co trzeba i do domu sanie z obciążeniem zaciągnęli…

 

 

 

 

 

***

* Skuter śnieżny - Samochód

* Igloland - Tesco




 
 



Archiwum:
2008: wrzesień październik listopad grudzień
2009: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień
2010: styczeń luty marzec