Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, wszelkie prawa do wszystkich fotografii i tekstów na tym blogu sa własnością autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie jest zabronione.
Spać nie mogę… bo zasnęłam usypiając bąka małego, wstałam godzinę temu i co?
Wyspana jestem… A rano? Zlituj się, kto może…
I myślę sobie, że zapiszę, co nieco, co mi się po głowie pląta, a co całą mnie pod koniec kwietnia zaprzątało…
Więc o przedszkolu niech będzie.
Kiedy już zdecydowana byłam starszą moją do szkoły o rok wcześniej puścić. Zrobiłam „little tour” po szkołach podstawowych i po wnikliwej analizie okazało się jak bardzo szkoły nie dostosowały się do tego, co się ogólnie słyszy. Zajęcia nie są bynajmniej skrócone, a dalej prowadzone według dzwonków. Zabawek w salach nie ma. Są jedynie dywaniki? Czy używane w ogóle, tego nie wiem… Sześciolatków jak kot napłakał. Znaczy się jedno, dwoje lub troje dzieci do klasy siedmiolatków zapisane. Panie zachęcają wielce. A na pytanie, po jakim czasie dziecko sześcioletnie do grupy się dostosowało, w klasach gdzie takowe są? Co słyszałam?... że gdzieś tak około stycznia, lutego… Byłam nawet w prywatnej szkole. I pomimo iż tam zajęcia prowadzone bez dzwonków, to sześciolatek też potrzebował pół roku żeby się zrównać z resztą… i nie chodzi mi tu o strefę intelektualną…
Więc co? Mam męczyć moje dziecko przez pół roku żeby dorosło do grupy???
O NIE!
Postanowiłam wtedy „koniec, kropka i koniec” jak to Lokata mawia.
Moja starsza panna w przedszkolu zostanie!
Aż tu nagle, coś mnie tchnęło. Babcia też żyć nie dawała. I poszłam do innego pobliskiego przedszkola. Na dzień dobry spotkałam panią co sześciolatków prowadzić ma, która kiedyś na kółku plastycznym uwielbiona przez Kreolkę była. Otwarta, uśmiechnięta z energii mocą…
Wzięłam Kreolkę. Pokazać jej chciałam takie przedszkole, gdzie literki nie są zabronione, gdzie nie tylko szlaczki literopodobne mogą rękę kształcić. Bo już jakiś czas temu się zastanawiałam jak to jest, że moje dziecko nie może się samo w przedszkolu podpisać. Choć pani wie, iż umie sama, to nie zachęca… i takie tam…
Poszła.
Do Sali weszła.
Po 10 min wyszła i powiedziała:
- Mamo, przepisz mnie proszę! Czy mogę od jutra tu chodzić?
Nie mogłam z szoku się pozbierać. No jak? Już tak od razu?
- A nie będziesz tęsknić? Za panią swoją, za dziećmi?
- J. i tak idzie do szkoły. Więc się z nią nie spotkam na przyszły rok. Mamo przepisz mnie!
- I będę miała trochę czasu dla siebie… Babcia będzie mnie odbierać!
No i …
Matka przepisała…
Ale tylko jedną, bo druga mogłaby się nie dostać, a tego zaryzykować nie mogłam…
A teraz?
- Ja chcę zostać w tym przedszkolu, z Panią Bogusią!!
- Teraz już wolę nie chodzić, bo pani Basia już nie ma wolnego…
Tak…
Takimi tekstami rozwiewa wszystkie moje czarne myśli.
Kreolka - aktorka, w dwóch wcieleniach.
Pierwszym - jako matka polka, jak malowana prała, sprzątała, gotowała, męża i dzieci obsługiwała, aż po rozum do głowy poszła i z domu wyszła.
Po drugie wcielenie wyruszyła. Solarium, fryzjer, kosmetyczka, zakupy, kawa i lody z koleżanką. Do domu odmieniona przyszła i dzieciom swym (a liczne potomstwo miała, bo jakieś naście), powiedziała, że matka nie tylko usługiwaniem żyje i że matce też się coś od życia należy…
Święta prawda!
Na co jej mąż się odezwał, co leżał i w trudzie mecze oglądał, że i on pomoże, wesprze i dzieci solennie obiecywały, że sprzątać same łóżka będą…
Taka bajka z morałem…
A mnie najbardziej zastanowiło, jak te małe łebki szybko chwyciły kontekst między słowami, jak się sami śmiali, wręcz nabijali z tego, co robili, co przedstawiali…
Fajnie było.
Naprawdę. Tak świeżo… i wesoło!
Przyjemnie…
Ale przyjemności z zasady trwać długo nie mogą. Pierworodna, matce na dzień matki zaserwowała swój zły humor. Oj, jaki zły. Maksimum niezadowolenia ze wszystkiego i wycie na maksa.
A Lokata?
Lepsza była.? O tak! Od paru dni nadąsana chodziła, że ona śpiewać nie będzie! I niech to sobie wszyscy z głowy wybiją. Na tłumaczenia, że przyjdą mamusie i tatusie wszystkich dzieci i ci, co przyjdą podziwiać będą, i dla mamy taka frajda! Odpowiedziała i owszem:
- Ale dziadziu nie przyjdzie! – i matka jakby koniuszki jej złości za uszami zobaczyła, ale ta złość się zaraz skryła…
Czy wystąpiła panna mała?
Oczywiście, że nie!
Nie, nie, nie…
Przedstawienie u mnie na kolanach przesiedziała, pomiędzy szarpaniem się ze mną i moim naiwnym obiecywaniem wielkiego serduchowego lizaka w zamian. Za co to ja jej tego likaza obiecywałam, to już chyba sama nie wiedziałam.
Nie wyszła.
Lizaka nie dostała.
Ale po prezent dla mamy poszła. Z siostrą za rękę…
Uporek mój mały…
Tak, taki uporek…
Uporek, co ma koleżanek multum. Tak, że dzieci same z siebie chcą koło niej siedzieć. Że lubią się z nią bawić. Przybiegają, kiedy przychodzi…
Aż Pani pytałam. Jak to? Jak to możliwe?
Na co pani przeciera moje oczy, jak zamazane okno mówiąc:
Ona jest dla dzieci miła. Nie wyrywa zabawek, kredek. Czasem ulegnie, czasem się postawi. Nie robi nikomu na złość. Nie jest nachalna. Wycofuje się, gdy widzi że trzeba lub, gdy już ochoty jej braknie. Ładnie do dzieci się odnosi…
Lubią ją, po prostu ja lubią i dziewczynki i chłopcy!
Babcia czasem puszcza wnuczkom nagrane na wideo taśmy. Taśmy na których mogą oglądać i siebie, i mamę z tatą, i babcię, i dziadka.
Na jednym z seansów Lokata poprosiła babcię:
- Baciu, powiedz dziadkowi, żeby stamtąd wyszedł!!!
I o brakach.
Dziewczyny nieznośne były przy obiedzie. Wyły, wiły i wymagająco wyginały się naprzemiennie. W końcu babcia zlitowała się i obie na spacer zabrała. W błocie taplać się pozwoliła i pogawędkę strzeliła jak to powinny być losowi wdzięczne, że wszystko mają. I już wyliczać chce gdy lokata woła:
- Nie wsiśtko! Dziadzia nie mamy! Dziadzia nie mamy pseciesz!
Tak ostatnio, może i pod wpływem tragicznych dla narodu wydarzeń, na rozmyślania mnie wzięło. I jeszcze „Mały Książe” się napatoczył, co oliwy do ognia tylko dolał…
Bo po pierwsze mamy tragedię… blisko setka osób zginęła… i żałoba narodowa… a wczoraj słyszałam, że tylko w wypadkach samochodowych, w jednym dniu zginęło 130 osób, i za nimi oficjalnie się nie płacze, odszkodowań wysokich, zadatków na pogrzeby się nie wypłaca. Jak to jednak trzeba wiedzieć gdzie i jak po śmierć się ustawić, by rodzina, choć finansowo później ustawiona była… Czy to już hipokryzja moja???
Ale nie o tym miało być. Miało być o śmierci. O śmierci, co niby z zaskoczenia przychodzi… A mnie się objawiła inna wizja. My tą śmierć mamy w sobie! Tak! W sobie głęboko schowaną. Ona drzemie w nas, kiedy życie tętni swoją pełnią. Chrapie, kiedy my przewracamy się na boki, łypie na nas okiem, w niebezpiecznie życie zagrażających sytuacjach… Ale najważniejsze jest to, że ona jest. Że jest cały czas. I gdybyśmy jej obecności nie spychali za parawan, za szafę, za ekrany dźwiękoszczelne, to bylibyśmy lepszymi ludźmi. Spieszylibyśmy mówić. Mówić do bliskich. O czym? O wszystkim! Że nas but uwiera, nasze niedopowiedziane sytuacje irytują, kłótnie wyprowadzają z równowagi. I że nie lubimy gradowych chmur, a lubimy, kiedy słońce lekko opiera się na naszych twarzach…
Może wtedy częściej słychać by było „kocham cię”, troszczę się o ciebie, martwię się. Pozwól mi sobie pomóc, bo ja chcę a nie wiem jak… może…
A życie pędzi sobie ochoczo dalej. Dzieci się śmieją… Choć czasem w nocy w poduszkę płaczą… bo chcą np. z dziadziem do teatru jeszcze raz pójść, a już nigdy nie będą mogły…
A wtedy ja sączę słowa, że pamięć mają w sobie, pamięć żywą. Taką., którą zawsze przywołać mogą, że ten pierwszy raz mogły z Dziadkiem w teatrze być… że zdążyły…
I że warto było się przywiązać nawet, jeśli teraz płakać muszą…
Bo watro było…
Naprawdę!!!
I czy łatwiej mi będzie żyć mając świadomość, że śmierć jest we mnie, w moich bliskich, w mamie, w mężu, w dzieciach? Czy oprócz lęku stworzy to inną świadomość? Bardziej otwartą i czuła na uczucia innych? Szczególnie tych innych, co są jedynymi i niepowtarzalnymi w moim życiu? Tymi, którzy oswoili we mnie kolczastego jeża?
Siedziała sama w kuchni przy oknie. Z radia sączyły się w jej ucho zaskakująco traumatyczne słowa. Słowa, co w sercu i duszy ślad ogromnie przeraźliwy wyryły. Oczy otwarte szeroko, niewidzące i zaszklone. Cała zasłuchana, zesztywniała przerażona.
Tak ją znalazła babcia. Przeraziła się.
- Co się stało?
- Babciu, był wypadek, ludzie nie żyją!
- Jaki wypadek? - Pyta wielce zaskoczona babcia.
- Włączysz mi telewizor?
I babcia włączyła. I zobaczyły.
Tragedię…
I tłumaczeń wiele było. Kim byli ludzie, co zginęli. Jaką władzę, stanowisko piastowali, że jako mężczyźni byli synami, mężami, ojcami, dziadkami… lub jako kobiety żonami, matkami, babciami, córkami…
Że Prezydent nasz zginął…
Smutek ją ogarnął. Od telewizora nie chciała się dać odciągnąć.
Babcia musiała ją siłą na spacer zabrać. Bała się o jej małe WIELKIE serduszko!
I tak ciągle, woli oglądać wiadomości niż bajkę…
Kreolka taka mała, a już dobrze wie, co to śmierć…