« Poprzedni blog Następny blog »

Załóż teraz swojemu dziecku rodzinny pamiętnik

Blog tysiulka na www.smyki.pl
   tysiulka Moją stronę odwiedziło 13141 osób.   
 
Archiwum pamiętnika - tysiulka

Informacje z 2007.2:

 
 
4.02.2007 (niedziela)

powrót do Wrocławia

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
30.01.2007 (wtorek)

          Babunia znowu miała drugą zmianę, mało więc miałam czasu, żeby sie nią nacieszyć. Troszkę się powygłupiałyśmy, poszłyśmy na spacerek (gdzie dołączyła do nas mamusia) i zaraz babunia musiała iść do pracy. Obiecałam jej jednak, że dziś na nią poczekam i zaczekałam :).

         W ciągu dnia byłam nieco marudna. Rozrabiałam też na potęgę, robiąc rzeczy, o które mamusia w życiu by mnie nie podejrzewała. Przeprogramowałam pralkę, wyrwałam przełącznik w kuchence, ściągnęłam ze stołu obrus (ze wszystkim co na nim było) itd. Po prostu istny sajgon. Za to kiedy wróciła babunia, ja znów byłam jak miodek słodziutka i do rany przyłóż :).

         Wieczorkiem rozmawiałam z tatuniem. Udało mu się wreszcie umówić mnie na szczepionkę na 7.01. Troszkę to późno, ale dzięki temu mogę pobyć troszkę z Bunią.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
29.01.2007 (poniedziałek)

          Dziś wstaliśmy wszyscy bardzo wcześnie, a to dlatego, że tatko musiał jechać na instalację do Poznania. Stamtąd zaś, planował wracać już prosto do Wrocławia, dlatego musiał się jeszcze rano spakować. Rozstanie to było dla mnie bardzo trudne. Tym bardziej, że nie będziemy się teraz widzieć przez kilka dni. Ale na szczęście tatuń wziął dla mnie od babci ogóreczki kiszone, więc jak wrócę do domku, to będę miała co chrupać. Ja za to zostałam jeszcze troszkę z moją ukochaną bunią. Możemy się więc teraz sobą, choć odrobinkę, nacieszyć.

         Kiedy tatulka wyprawiłam już w drogę, mamunię zagoniłam do prania, a sama zajęłam się zabawą z babunią. Nikt się tak fajnie ze mną nie bawi (oprócz dziadzia Mirka oczywiście :) ). Później jeszcze przyszła babcia Marysia i przyniosła mi mnóstwo pyszności. Mówię Wam, dzień zapowiadał się naprawdę cudownie. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak też było i tym razem. Babulka musiała iść do pracy, pogoda znacznie się pogorszyła, podobnie z resztą jak mój humorek. Byłam więc uwięziona w domku (sama z mamusią) i jedyną moją rozrywką było rozrabianie (wyrwałam przełącznik od kuchenki, wyciągałam z szafki talerze, ciągnęłam za kabelek od lampki itp.). Wszystko to wynikało chyba z tej pogody i mojego zmęczenia. Spać jednak zbytnio nie chciałam. Czym bowiem jest jedna mała drzemka. Usnęłam w końcu – nawet wcześnie – nie doczekawszy powrotu babuni. Nie zdążyłam się jej dzisiaj pochwalić, jak ładnie jadłam obiadek. Cóż, będzie trzeba zrobić to z samego rana. A na razie, dobrej nocki Kochane Smyki!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
28.01.2007 (niedziela)

          Fajnie tak sobie troszkę odpocząć od Wrocławia. Tutaj u babci, atmosfera jest zupełnie inna. Co prawda bunia miała akurat dzisiaj pierwszą zmianę, ale to nic, bo przynajmniej szybko wróciła do domku :).

         Rano rodzice szybciutko włączyli pranie, rozwiesili i już byliśmy gotowi do odwiedzin. Ubraliśmy się więc, wpakowaliśmy do autka(gdzie chwilkę się zdrzemnęłam podczas jazdy, oraz kiedy rodzice szukali jakiegoś prezentu dla mojego kuzyna Maćka – tzn. Mamcia szukała, a tatko czekał ze mną w samochodzie :) ), a następnie odwiedziliśmy wujka Jurka, ciocię Teresę, oraz ciocię Wiolę, wujków Adriana i Marcina, no i oczywiście mojego kuzynka – Maćka :). Było nawet ciekawie, jednak wolałam się zbytnio nie oddalać od mamusi. Później jeszcze tatko pojechał po babunię do pracy i razem wróciliśmy do domku. Byłam już naprawdę zmęczona. Rodzice wykąpali mnie więc szybciutko i położyli lulu. Kolorowych snów Smykusie!!!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
27.01.2007 (sobota)

          Rodzice chcieli sobie troszkę odpocząć po naszej nocnej jeździe, ale ja byłam już całkiem wyspana, zwlekłam więc ich z łóżeczka i zaciągnęłam do roboty. Przywieźliśmy w końcu ze sobą masę prania i trzeba się z tym wszystkim uporać przed wyjazdem. Kiedy zaś pierwsze pranie było już skończone, ubraliśmy się cieplutko i poszliśmy w odwiedziny do mojej prababci Marysi. Nie byliśmy tam długo, bo dzień krótki, a planów od groma. Jednak było naprawdę przyjemnie. I w dodatku dostałam od babci tyle słodkości... :). Tylko coś wujka Sławka za bardzo nie poznałam  troszkę sobie popłakałam n jego widok :(.

         Pod domkiem spotkaliśmy moich kochanych babcię Ulę i dziadzia Mirka. Wpadli tu na troszkę przejazdem, bo właśnie kupili kolejne autko :). Strasznie się ucieszyłam, że ich widzę, bo zaczynałam już powoli za nimi tęsknić. Wkrótce przyjechała też babcia Renia (tatko ją przywiózł z pracy), więc rodzinka była już w komplecie.

         Po południu, kiedy dziadkowie pojechali juz do Warszawy, ja wyciągnęłam rodziców na kolejną wyprawę. Tym razem podjechaliśmy na troszkę do babci Janki. He he, nawet za bardzo się dziś nie bałam i bez skrupułów objadłam babcię z paróweczek. Ciągle jednak męczyło nas wszystkich, że tyle jeszcze prania przed nami. Wróciliśmy więc do domku, a ja jak zwykle pomogłam mamusi.

         To był naprawdę bardzo ciężki  dla mnie dzień. Nie miałam ani chwili odpoczynku. Nie narzekam jednak, bo bardzo dobrze sie bawiłam i znów mogłam zobaczyć całą moją rodzinkę :).

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
26.01.2007 (piątek)

         Dziwnie było w nocy tylko z mamulką, no ale trudno. To nie tatka wina, że mu się instalacja przedłużyła. Jednak później pojechał jeszcze do rodzinki do Katowic, więc nie spieszyło mu się już zbytnio do domku. Prosto z delegacji pojechał do pracy, a wiecie dlaczego?Okazało się bowiem, że ponieważ w poniedziałek musi być w Poznaniu, to będzie miał służbowy samochód na weekend. A niedaleko od Poznania jest Piła – gdzie mieszka moja Bunia!

         Kiedy więc tatko wrócił wreszcie do domku i zjadł przepyszny obiadek, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w długą drogę do Buni. Mamunia nie była zachwycona, że jedziemy wieczorkiem, bo pogoda dziś nie dopisała. Tatuniowi jednak udało się ją przekonać i mimo, że po 30 km chciała, żeby tatko zawrócił, dojechaliśmy na miejsce o 3.00. To była naprawdę męcząca jazda, bo śnieg sypał, a na drodze ślisko. Ja jednak na szczęście calutką drogę przespałam, więc nie mogę narzekać.

         Babunia czekała na nas w oknie. Nie mogła spać, bo czekała aż wnusia do niej przyjedzie :). Martwiła się też o nas ze względu na tą pogodę. Później za to ja nie chciałam zasnąć i nie bardzo ruszały mnie argumenty, że babcia jutro na rano idzie do pracy, a rodzice są bardzo zmęczeni. Ja przecież się wyspałam. W końcu jednak i mnie zmorzył senek. Może to i lepiej, jutro będę mieć więcej siły na zabawę :).

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
24.01.2007 (środa)

         „Pada śnieg, puszysty śnieg...” - Cały dzionek dzisiaj padał śliczny bielutki śnieg. Niestety nie mogłam przez to wyjść na spacerek. Po prostu nie mam zimowych butków, a w tych co rodzice ostatnio mi kupili, jest mi jednak odrobinkę za zimno. W dodatki nawet nie mam saneczek :(. Zupełnie nic ciekawego się nie dzieje. Co prawda patrzyłam dziś z mamcią przez okienko na padające płateczki śniegu, ale ile tak można patrzeć przez okienko, kiedy za nim stoi samotnie moja ukochana huśtaweczka...

         Rano byłam troszkę nieznośna, ale szybko się w sumie uspokoiłam. Pomogłam nawet mamuni zrobić pranie. Potem jednak zmorzył mnie króciutki senek. No może nie taki znowu króciutki, he he :). W każdym razie jak wstałam, mamusia postanowiła jakoś zająć mi czas. Zaczęła więc śpiewać mi piosenki o zimie. He he, i wiecie co się wydarzyło? Zaśpiewałam razem z nią, normalnie ją zatkało. Moja pierwsza w życiu piosenka:

„zima zima zima

pada pada śnieg

jadę jadę w świat sankami

sanki dzwonią dzwoneczkami

dzyń dzyń dzyń

dzyń dzyń dzyń

dzyń dzyń dzyń”

 

         Mówię Wam, praktycznie identycznie to brzmiało, a śpiewałam to prawie cały dzionek. Nawet do babci Reni dzwoniłyśmy i jej śpiewałam, tatusiowi i babci Uli też :). Tak się tą całą nauką piosenki zmęczyłam, że położyłam się wcześniutko lulu, bo już po 20.00 – tym to już na prawdę mamusia była zaskoczona :). Kolorowych senków Kochane Smykusie! Spokojnej nocki!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
23.01.2007 (wtorek)

          Dzisiaj urodziny Babci Reni! Oczywiście nie zapomnieliśmy złożyć jej życzonek, teraz jednak korzystając z okazji, jeszcze raz chcielibyśmy życzyć Ci babuniu Wszystkiego najlepszego, dużo dużo zdrówka i żeby Ci się tam wszyściutko ułożyło w pracy!

         Spałyśmy dzisiaj z mamcią bardzo długo, bo dopiero przed 11.00 zwlekłyśmy się z łóżeczka :). Niestety okazało się, że pogoda nie jest już taka ładna jak wczoraj. Przypuszczenia mamusi się sprawdziły i po pięknym, bezchmurnym, gwieździstym niebie musiał niestety przyjść przymrozek. Cóż było robić, po prostu ubrałyśmy się cieplutko i poszłyśmy na spacerek do parku. Wiecie, że to zimno nikogo nie wystraszyło? Spotkałyśmy tam nowego kolegę – Tymoteusza – i jego tatę. Ja niestety przespałam to spotkanie (jak zwykle, a szkoda, bo Tymuś nie jest z naszego osiedla i nie wiem czy będzie jeszcze okazja się z nim zobaczyć :(, a w końcu jesteśmy rówieśnikami). Kiedy jednak wreszcie się obudziłam, mamunia zdecydowała, że pozwoli mi podreptać troszkę na własnych nóziach. Fajnie prawda? A w dodatku spotkałyśmy jeszcze Antosia z ciocią Moniką i Ksawerego z mamusią. I razem odrobinkę jeszcze pospacerowaliśmy. A wiecie co w tym całym spacerze było najfajniejsze? To, że mamunia wreszcie zabrała mnie „bubu”:). Co prawda tylko na chwilkę, ale zawsze to coś.

          Kiedy już rozstałyśmy się z moimi kolegami i ich mamami, zrobiłyśmy jeszcze szybkie zakupy na bazarku i wróciłyśmy do domku. Mamunia kupiła mi śliczny czerwony fartuszek, żebym nie brudziła ubranek kiedy będę jej pomagała w kuchni. Zaraz więc ubrałam się w niego, w moje brązowe kapcioszki i ruszyłam do kuchni – szkoda, że baterie od aparatu właśnie były w ładowaniu, bo byłoby z tego cudowne zdjęcie :).

         Na obiadek było moje ulubione danie – pomidorówka! Nic więc dziwnego, że prosiłam o dokładką, hehe. A po jedzonku, przyszła pora na TV. Mamusia ostatnio wprowadziła mi ograniczenia na oglądanie telewizji. Bo choć możemy to robić od niedawna, to i tak ja już powoli zaczynałam się uzależniać od bajek. Trudno, w każdym razie teraz mogłam sobie troszkę popatrzeć w monitor, a mamusie wysłałam do sklepiku, hehe.

          Nie dzwoniliśmy dziś wieczorkiem do żadnej babci, ale i tak nie chciałam się wcześniej położyć. Mamusia nie ma już pomysłów co ze mną zrobić. Jej plan, żeby uczyć mnie usypiania bez cyca legł w gruzach. Bo u niej na rączkach jakoś tak sama mi buzia cycunia znajduje, a jak go nie dostaje, to bardzo jest zła. Za to tatko nie kwapi się zbytnio, żeby mnie usypiać, więc generalnie sytuacja patowa. No cóż, najważniejsze że w końcu usnęłam, czego i wam kochane Smykusie życzę!.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
22.01.2007 (poniedziałek)

          Kochany Dziadziusiu! Z okazji Dnia Dziadka, życzę Ci wszystkiego Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń, dużo zdrówka i cierpliwości do mnie :), kocham Cię Dziadziuniu!!! Wszystkim innym Smykowym dziadkom również życzę wszystkiego najlepszego i dużo sił, do noszenia nas na rączkach :).

         Dziś wstałam jak zwykle wcześniutko. Po co było marnować tak piękny dzionek na sen. Mamusia nie czuła się od rana najlepiej i zastanawiała się jak sobie damy  radę przez cały dzień. Na szczęście było całkiem milutko. Wstałyśmy i zajęłyśmy się... no tak, działalnością twórczą. Postanowiłyśmy zrobić tatusiowi niespodziankę i udekorować jego pudełeczko na drobiazgi. Wzięłyśmy więc kawałeczki aluminiowej folii i papierki po cukierkach i słomeczki pocięte na kawałki. A że nie miałyśmy niestety kleju, wszystko to mocowałyśmy do tatusinego pudełka przy pomocy taśmy klejącej. Żmudna to była robota i szybko zaczęła mi się nudzić, a więc przystrojona została jedynie pokrywka.

         Po zakończeniu naszej twórczej aktywności i zjedzeniu kolejnego śniadanka, wybrałyśmy się na spacerek Pogoda była na prawdę ładna, tylko troszkę nam się nudziło, tzn. Mamusi, bo nikogo na dworku nie spotkałyśmy znajomego. W dodatku jeszcze po wczorajszej wichurze połowa drzewek było wyrwanych z korzeniami, poprzewracanych i połamanych, więc nie było tam dziś tak przyjemnie jak zazwyczaj. No cóż, pochodziłyśmy więc chwilkę i poszłyśmy kupić coś na obiadek. A kiedy wróciłyśmy do domciu, mamunia zabrała się za gotowanie i oczywiście za usypianie mnie. To pierwsze wyszło jej na prawdę dobrze, drugie zaś... :). Zdecydowanie odmawiałam położenia się. Mamunia postanowiła wic wziąć mnie sposobem i włączyła bajeczkę. Cóż bowiem lepiej pomaga zasnąć niż bajeczka? No niestety, mamusia już prawie spała, a moje oczka nadal jak 5 zł. Aż w końcu przyszła mi do głowy pewna zabawa. Mamusia była już padnięta i oczy same jej się zamykały. Postanowiłam więc troszkę ją po przedrzeźniać. I robiłam to przez dobre 10 minut :). Mamunia ziewała, to i ja, drapała się w głowę i ja też, machała uszami, a tak samo – bawiłyśmy się naprawdę cudownie :).

         Tatko przyszedł dziś troszkę później. Nie mogłam się już doczekać jego powrotu, bo miałam nadzieję, że pójdziemy jeszcze na huśtaweczkę (miałam tam iść z mamusią podczas spaceru, ale niestety usnęłam). Tatuś jednak był już bardzo zmęczony i głodny, a mamcia powiedziała, że już z późno, więc niestety dzisiaj z bujania nici. Na obiadek jedliśmy znowu pyszniastą zapiekaneczkę. Tym razem z ziemniaków i sera. Ta zdecydowanie bardziej mi smakowała. Zjadłam aż dwie dokładki :). W dodatku praktycznie nic nie porozwalałam. A po jedzonku, zadzwoniliśmy do dziadzi Mirka z życzeniami. Fajnie było znowu usłyszeć jego głos w słuchawce. Byłam już jednak tak zmęczona, że zupełnie nie chciało mi się gadać (zupełnie, jak wczoraj nie miałam siły zaśpiewać dla babci). Rozmowa nie trwała więc długo, apotem położyłam się już lulinki. Dobrej nocki Kochane Smyki!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
21.01.2007 (niedziela)

          Oj pospaliśmy sobie dzisiaj dłużej. W dodatku, jak wreszcie wstałam i zobaczyłam rodziców leżących na materacyku, nie byłam zbytnio zachwycona. Zawołali jednak: „chodź do nas Rybko!”. Poszłam więc, a raczej przeturlałam się między mamunie a tatusia, tyle, że wylądowałam jakimś cudem między ich nogami. To chyba nie było do końca to o co mi chodziło :). „Chodź tu do góry!” - powiedziała mamusia, jak więc mogłam nie posłuchać. Tatko obśmiał się ze mnie że nie wiem – bo zamiast przyjść normalnie przypełzłam jak gąsienica (podniosłam brzuszek do góry, opierając się na główce i nóżkach :) ).

         Obudziliśmy się dopiero przed 11.00 i od razu rozpoczęliśmy nasz maraton telefoniczny po babciach – w końcu to ich dzień i każdej trzeba było złożyć życzenia. A że pogoda była cudowna, to zaraz po śniadanku wybraliśmy sią na długaśny spacerek.

         Z początku rodzice sami nie wiedzieli dokąd pójdziemy. Ale, że słoneczko grzało cudownie, a na niebie nie było najmniejszej chmureczki, zdecydowali, ze przejdziemy się na starówkę. Ja tej decyzji na pewno nie żałuję, tym bardziej, że mogłam sobie nawet troszkę pospacerować na własnych nogach. Co prawda chciałam spacerować z reguły w kierunku przeciwnym niż rodzice, ale w tym właśnie cały urok. Było wspaniale i wykorzystaliśmy całą pogodę do cna. Tzn. Tak się mamusia śmieje, bo kiedy już dochodziliśmy do domku zaczęła się psuć i do wieczorka się już nie poprawiła. Strasznie się wszyscy cieszyliśmy z tego spacerku, chociaż opóźnił nam się przez to nieco obiadek. Hehe, rodzicom się opóźnił, bo ja dostałam wcześniej papusiu. Co nie zmienia oczywiście faktu, że z nimi też jadłam mięsno ziemniaczaną zapiekaneczkę :).

         Wieczorkiem jeszcze troszkę podzwoniliśmy, a potem obejrzeliśmy razem film. Niestety po filmie zrobiłam się okropnie marudna i zupełnie nie wiedziałam czego chcę. Dosłownie wszystko było nie po mojej myśli. Chciałam spać, a nie chciałam, chciałam się przytulić, ale nie przytulać, chciałam iść do łóżeczka, ale nie być w łóżeczku. Ciężko było zdecydować, co robić. W końcu jednak, zmęczona piskaniem, usnęłam. Teraz Wam kochane Smyki życzę wiec spokojnych i kolorowych snów! Do jutra!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
20.01.2007 (sobota)

         Hehe, nie pospali sobie dzisiaj rodzice, oj nie pospali. Nie mogłam przecież pozwolić na lenistwo w naszym domu. Zwlekłam więc ich z łóżeczka i zmusiłam do działania. Punkt pierwszy – śniadanko. Trzeba coś było przecież wziąć na ząb. I oto, uwaga! Niespodzianka, zgadnijcie kto pomagał rodzicom zrobić to pyszne papusiu? No pewnie, że ja. Najpierw wsypywałam do miseczki mąkę moim małym kubeczkiem, potem dolałam troszkę śmietany, następnie tatko dodał jeszcze kilka magicznych składników, a ja wszyściutko ładnie wymieszałam, przy niewielkiej pomocy mamusi. I wiecie co z tego wyszło? Pyszniutkie placuszki z jabłkami. Mówię Wam, palce lizać.

         Moja hrypeczka niestety nie ma za bardzo zamiaru mnie opuścić, rodzice, chwytają się więc różnych sposobów i np. Dają mi syropki, soczek malinowy, miodek z cytrynką – niestety nic ni pomaga  - jak chrypiałam tak chrypię :(. Mamusia już się zaczęła zastanawiać, czy nie iść ze mną w poniedziałek do lekarza. Tylko, kurczaki, nic poza tą chrypką  mi  nie doskwiera. Apetyt mam, nic mnie nie boli, kataru czy kaszlu, ani widu ani słychu. Dziwne jakieś to przeziębienie. Babci Ula mówi, że to może być od tego, że u nas w domku za gorąco i duszno strasznie. Tylko co tu zrobić, żeby było inaczej?

         Dzisiaj znów nie wychodziliśmy z domku. Zaczęłam już wątpić, czy kiedykolwiek jeszcze trafię na moją huśtaweczkę. Rodzice tłumaczą co prawda, że to przez pogodę, ale i tak nie jest mi przez to mniej smutno. Chciałabym wreszcie wyrwać się choć na króciutki spacerek.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
19.01.2007 (piątek)

         Tatko został dziś w domku nieco dłużej. Wszystko za sprawą wizyty u nas właściciela mieszkania. Co prawda rodzice z tych wizyt nie są zbytnio zadowoleni (bo muszą się pozbywać pieniędzy :) ), ja jednak bardzo je lubię, ponieważ pan Zbigniew zawsze przynosi mi coś słodkiego :).

         Kiedy tatko wreszcie udał się do pracy, ja z mamcią zabrałam się za pranie moich pieluszek i takich tam rzeczy. A potem oczywiście za przeszkadzanie mamusi w robieniu czegokolwiek. Tak więc skończyło się ostatecznie na oglądaniu bajeczki. Byłam naprawdę nieznośna, ale co tu się dziwić, skoro na raz idą mi dwa dolne kiełki, a do tego jeszcze dopadła mnie dzisiaj okropna chrypka. Pod wieczór mamunia miała mnie już serdecznie dosyć – tym bardziej, że nawet na chwilkę w ciągu dnia się nie położyłam. Wynika to pewnie z tego, że znów nie poszłyśmy na spacerek, a ni na bujawkę przez to wiatrzysko. W każdym razie mamul odpoczął sobie ode mnie dopiero kiedy przyszedł tatulek. Jak dobrze, że teraz przez najbliższe dwa dni będzie on w domku.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
18.01.2007 (czwartek)

           Dziś pogoda była okropna, więc zupełnie nie ruszałyśmy sie z mamcią z domku. Deszczyk siąpił cały dzień, a do tego wiał silny wiaterek. Byłam z tego powodu na prawdę zawiedziona, bo przecież rodzice obiecali mi, że będą ze mną codziennie chodzili na bujaweczkę. Trudno, mamunia wyjaśniła mi, że to wszystko przez pogodę i jak będzie ładniej to na pewno pójdziemy. Niestety, do wieczorka nie zrobiło się już ładniej, a do tego zaczął wiać jeszcze silniejszy wiatr (w końcu zapowiadali przecież na dzisiaj wichurę).

         Siedzenie w domku na prawdę może być ciekawe. Dzisiaj na przykład z moją mamusią bawiłyśmy się w berka. Ja co prawda cały czas tylko uciekałam, bo nie bardzo jeszcze rozumiem o co chodzi z tym berkowaniem. Tak czy owak, zabawa była przednia. Potem jeszcze oglądałyśmy bajeczki i robiłyśmy obiadek. Nawet za odkurzanie się zabrałyśmy :). Na razie co prawda mamcia nie pozwala mi jeszcze samej odkurzać, ale przynajmniej pomagam jej troszkę trzymając rurę od odkurzacza :). Troszkę też pozamiatałam, bo strasznie lubię to zajęcie, więc za bardzo nie zdążyłam się dzisiaj nudzić. A kiedy już wrócił tatulek, to byłam na prawdę w siódmym niebie. W końcu nie ma to jak mieć oboje rodziców w domku.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
17.01.2007 (środa)

         Dzisiaj zdecydowanie nie miałam najlepszego nastroju. Obudziłam się rano, nie dając tym samym szansy na wyspanie się mojej (nieco przeziębionej) mamusi. Chciałam oczywiście natychmiast iść do tatunia i zupełnie nie obchodziło mnie, że ten musi iść właśnie do pracy. Gdy natomiast zostałam sama z mamusią, od razu zaczęłam ją namawiać, żebyśmy poszły na bujawkę. No cóż nie była zachwycona i troszkę czasu minęło zanim udało mi się ją wreszcie wyciągnąć. Niestety, nie byłam szczęśliwa, kiedy mamcia zaczęła mi zakładać buciki, bo nieco już z nich wyrosłam. Musiałam jej więc wytłumaczyć, że bolą mnie już w nich paluszki, a mamul obiecał, że jeszcze dziś pójdziemy po jakieś buciki dla mnie.

         Prosto z huśtaweczki, poszłyśmy na spacerek do parku. Wiecie kogo tam spotkałyśmy? Ciocię Monikę i Antka. Fajnie, bo przynajmniej mamuni się nie nudziło, kiedy tak prowadzała wózeczek ze śpiącą w nim córcią :). Później odwiedziłyśmy również sklepik, gdzie mamcia kupiła mi pyszniasty jogurcik, a potem jeszcze odprowadziłyśmy ciocię i Antosia do domku i wróciłyśmy do siebie.

         Mamunia od razu zabrała się za jakieś takie porządki. Zaczęła od zmywania i sprzątania kuchni. Mi tam się to za bardzo nie podobało, więc zajęłam się w tym czasie , moimi zabaweczkami. Strasznie byłam nieznośna. Może to z powodu moich nadchodzących dolnych kiełków, a może po prostu ze zmęczenia czy nudy – sama nie wiem. W każdym razie marudziłam i krzyczałam strasznie. Zupełnie nie mogłam zrozumieć jak mamcia może woleć robienie obiadu, od wyjścia ze mną na bujawkę. Na szczęście, w końcu zaczęła mnie ubierać i kiedy wrócił tatko wyszliśmy na chwilkę „bu bu”.

         Po obiadku wybraliśmy się na obiecane wcześniej zakupy. Niestety można było przewidzieć, że jak zwykle nie będzie na mnie rozmiaru, albo pojawi się inny problem, w postaci mojego zbyt wysokiego podbicia.  Tak czy siak, byłam juz bliska zwątpienia. Na szczęście rodzice się nie poddawali i pojechaliśmy tramwajem tak bardzo bardzo daleko – i udało się. Nie jestem co prawda zachwycona z naszego dzisiejszego zakupu, ale przynajmniej mam jakieś butki. A w dodatku mamcia obiecała, że jak znajdziemy ładniejsze to mi kupią :).

         Podróż do domku była dla mnie udręką. Miałam już serdecznie dość tego tramwaju i ciągle krzyczałam tylko: „tam! tam!”, mając nadzieję, że w ten sposób uda mi się jakoś przyspieszyć. Droga jednak dłużyła się w nieskończoność. Byliśmy już prawie w domku, kiedy nagle... Niespodzianka! Rodzice zabrali mnie „bu, bu”. Ależ byłam wtedy szczęśliwa :). I tak się przy tym rozbawiłam, że później zupełnie odechciało mi się spać. Pogadałam więc troszkę z babcią Renią, pomęczyłam rodziców i dopiero wtedy łaskawie ułożyłam się do snu. Wam też, Kochane Smyki, życzę spokojnej nocki i kolorowych senków!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
16.01.2007 (wtorek)

          Jak zwykle nie mogłam pozwolić na to, żeby mamcia sie za bardzo rozleniwiła, zwlekłam więc ją raniutko z łóżka i nakazałam zrobić mi śniadanko. Było superaśne! A kiedy już nabrała troszkę sił, zaczęłam nakłaniać ją na wyjście na spacerek. I wiecie co? Poszło mi nadzwyczaj dobrze. Zaciągnęłam więc mamunię na huśtaweczkę – mówię Wam, było cudownie i od tej pory tylko tam chciałam już chodzić. Po południu też udało  mi się mamcię tam zaciągnąć. I tatusia. Obiecali mi teraz, że już zawsze będą ze mną chodzili „bu bu”.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
15.01.2007 (poniedziałek)

           Dziś wstałam już nieco później, bo dopiero przed 9.00. Niestety nie spałam najlepiej, ale i tak obudziłam się bardzo rześka i od razu przystąpiłam do zamęczania mamusi. Bardzo  mi się podobało to szaleństwo, oczywiście do czasu, aż złapało mnie zmęczenie. Wtedy już zupełnie nie mogłam nad sobą zapanować i byłam potwornie marudna. W dodatku zupełnie nie chciałam położyć się lulku. Oj, namęczyła się mamcia ze mną, namęczyła. No ale cóż, przynajmniej wie, że ma córeczkę :).

         W końcu udało mi się zasnąć. Mamusia położyła się zaraz koło mnie i obie przespałyśmy tak pół dnia. Na szczęście zdążyłyśmy wstać przed powrotem tatka i zrobić obiadek :). A po obiadku znowu szaleństwo i znów wieczorkiem marudna dzidzia. Taki to już był nie za fajny dzień. Na szczęście teraz już sobie smacznie lulam w rodziców łóżeczku – czego i Wam kochane Smyki życzę!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
14.01.2007 (niedziela)

           To był dla mnie na prawdę cudowny dzionek. Obudziłam się raniutko i oczywiście zwlekłam moich kochanych rodziców z łóżka. Zjedliśmy sobie pyszniutkie śniadanko, a ja jak to ja, musiałam troszkę poszaleć. Cały mój przecierek wylądował więc na moim stoliczku, no i oczywiście na mnie :).

            Po śniadanku mamusia postanowiła, że podetnie mi jeszcze troszkę włoski. Nie podobała się jej fryzura, jaką zafundowała mi ostatnio, tym razem więc trafiłam prosto pod kosiarkę. Skończyło się na 21 mm, więc nie jest jeszcze tak najgorzej. Mamusi bardzo się podobam, ale tatko mówi, że za bardzo przypominam teraz chłopca :).

              Co by nie mówić, moje postrzyżyny miały jedną poważną zaletę – zaraz po nich nastąpiła moja ukochana kąpiółka. Normalnie nie chciałam wprost wychodzić spod prysznica.  Jednak w końcu rodzice wzięli mnie podstępem. Powiedzieli, że pójdziemy na spacerek. Zapomnieli tylko dodać, że jeszcze nie teraz. No cóż, poczekałam wiec cierpliwie, aż pozostałości moich włosków wyschną, a tatko zrobi pranie i dopiero wybraliśmy się na spacerek. Efekt był, więc oczywisty – nie zdążyliśmy nawet dojść do parku, a ja już spałam :).

         Po powrocie poszalałam jeszcze troszkę z rodzicami. Zadzwoniliśmy do babci Reni i zjedliśmy obiadek  Ale oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wywaliła połowy na podłogę :). Mamusia miała później troszkę sprzątania, ale od tego przecież są mamusie :). W każdym razie po obiadku położyliśmy się na krótką drzemkę (a mamcia włączyła sobie filmik), z której już się nie obudziłam, aż do 23.00. Potem niestety nie bardzo miałam już ochotę na senek ( w końcu tyle godzin spania robi swoje), więc zasnęłam dopiero po północy.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
13.01.2007 (sobota)

          Dziś wróciliśmy do domku i musze przyznać, że wszyscy byliśmy nad wyraz zmęczeni. Może to świeże górskie powietrze tak na nas zadziałało, w każdym razie wszyscy troje byliśmy skrajnie wyczerpani – a przecież nic takiego się dzisiaj nie wydarzyło.

         Rano wstałam nieco wcześniej, jednak w łóżeczku tatunia nie było, a mamunia krzątała się po naszym pokoiku. Szybko zorientowała się, że już nie śpię, ubrała mnie  zabrała ze sobą na śniadanko. I wiecie co? Tatko już tam był :). Z resztą nie tylko on, bo  moje nowe ciocie i wujkowie też :). Zjedliśmy więc pyszniutkie śniadanko i poszliśmy d pokoju się pakować. Tzn. Mamka poszła nas pakować,a ja jej przeszkadzać, hehe. W końcu tatuń musiał mnie zabrać na spacerek po korytarzu, bo chyba nigdy byśmy nie opuścili tego hotelu :).

         Na dzisiaj rodzice zaplanowali masę atrakcji, jednak nie wiele z tego doszło do skutku. Wszystko dlatego, że ok 12.00 mięliśmy się już zbierać do powrotu do Wrocławia, więc na wyprawę jakimkolwiek szlakiem turystycznym, było już nieco za późno. Mięliśmy też wybrać się na tor saneczkowy. I byliśmy tam nawet, jednak w ostatniej chwili rodzice zmienili zdanie. Stwierdzili, że jeszcze jestem na to za mała, a więc kolejna radocha mnie ominęła. Na szczęście nie wszystko jeszcze było stracone.

         Spod toru saneczkowego pojechaliśmy prosto pod stok – tutaj umówieni byliśmy z ciociami i wujkami. Ale kiedy zajechaliśmy na miejsce, rodzice podjęli pierwszą tego dnia męska decyzję – zabrali mnie wyciągiem na górę. Wow, nigdy wcześniej nie byłam tak wysoko. W wagoniku też mi sie bardzo podobało, jedynie mamusia nabrała lekko zielonkawych odcieni. Pewnie to dlatego, że wiał bardzo silny wiatr i wagonik bujał się niemiłosiernie, w każdym razie dla mnie to właśnie było największą atrakcją. Na górze było cudownie, tylko ten okropny wiatr nie bardzo dawał się skupić na podziwianiu widoków. Dlatego też poszliśmy z powrotem do kolejki i pojechaliśmy na dół, a potem już prosto do Wrocławia. Do była na prawdę udana wycieczka. Mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś powtórzymy.

         Po powrocie nie mięliśmy już za wiele iły żeby cokolwiek robić. Dlatego tylko tatuń zajął się rozpakowywaniem, a ja z mamusią planowaniem jak tu się położyć lulu. Zadzwoniliśmy jednak jeszcze do moich babć i do dziadzia Mirka, obejrzeliśmy jakieś filmy, aż wreszcie (niestety dopiero po północy) zmorzył nas senek. Dobrej nocki Wam życzę Kochane Smyki!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
12.01.2007 (piątek)

              Kolejny dzionek naszej Króciutkiej wycieczki. Rozpoczęliśmy go od pyszniutkiego śniadania. Wiecie, jesteśmy tu od wczoraj, a mi już udało się poderwać dwóch kelnerów, hehe!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
11.01.2007 (czwartek)

         Dziś pierwszy raz wyjechałam za granicę! To było na prawdę ekscytujące. Rano rodzice dokończyli pakowanie. Tatko poleciał do sklepiku po jakieś papuniu na drogę i kiedy wujek Maciek po nas przyjechał, byliśmy zwarci i gotowi do drogi. Wiecie, że nawet za bardzo nie piskałam w samochodzie? Szybciutko położyłam się spać, żeby później bardziej nacieszyć sie urokami Czech.

         Na granicy spałam, więc nawet nie wiem jeszcze jak to jest wyjeżdżać z kraju. Cóż, może kiedyś się przekonam, na razie jednak jechaliśmy dalej. Na początek pojechaliśmy na taki duży parking pod stokiem, gdzie spotkaliśmy się z innymi ciociami i wujkami. Oni wszyscy przyjechali tu jeździć na nartach, tylko ja z moimi rodzicami, byliśmy tu w celach turystycznych. Myśleliśmy, że troszkę tu pospacerujemy, szybko jednak okazało się, że wiatr jest zbyt silny, a temperatura zbyt niska, na dłuższe dla mnie spacerki. Wpakowaliśmy się więc z powrotem do autka i zaczęliśmy zmotoryzowane zwiedzanie okolicy. Widoki były cudowne. Strome zbocza, malutkie wodospady, tego po prostu nie da się opisać...

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
10.01.2007 (środa)

126

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
9.01.2007 (wtorek)

125

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
8.01.2007 (poniedziałek)

Spacerek po sklepach. Nowa lala. Wyjazd dziadków.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
7.01.2007 (niedziela)

Wycieczka na bazarek. Deszczowy dzień

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
6.01.2007 (sobota)

Zabrałam moich dziadków do Wrocławia :).

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
5.01.2007 (piątek)

         Rano wstałyśmy z mamcią bardzo wcześniutko. Zjadłyśmy śniadanko, mamunia ubrała mnie i poszłyśmy s[potkać się z babcią Kasią. Musiałyśmy razem wyjaśnić sprawę pewnych nieoddanych książek, a przy okazji przekazałyśmy przedwczesny nieco prezencik urodzinowy dla Kubusia.

         Z biblioteki pojechałyśmy prosto do wydziału paszportowego – od dziś, jestem więc szczęśliwą posiadaczką cudownego, bordowego paszportu. A w środku jest nawet moje zdjęcie :). W drodze powrotnej spotkałyśmy się jeszcze z wujkiem Pablem. Dawno go w sumie nie widziałyśmy i troszkę się zmienił od tego czasu. Ja oczywiście musiałam się przed nim popisywać,bo inaczej nie byłabym sobą  :). Nawet śpiewałam sobie w głos, he he :).

         Po powrocie do domku, obejrzałam sobie króciutką bajeczkę, po czym ucięłam sobie drzemkę. A wiecie kto był już w domku, kiedy się obudziłam? - dzidziuś i babunia! Zjedliśmy sobie pyszniutki obiadek, a ja oczywiście powędrowałam do dziadziunia. Kiedy zaś dziadkowie postanowili uciąć sobie poobiednią drzemkę, ja robiłam wszystko, aby skutecznie im to uniemożliwić :). Krzyczałam, śpiewałam, budziłam ich, „pikałam” kuchenką – aż w końcu udało się! Babcia wstała. Korzystając z okazji, zabrałam ją więc (i mamcię też) na wycieczkę do sklepiku. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym ich na coś nie naciągnęła :). Wróciłam więc do domku z nowymi lalami i nową piżamką :). Mamunia za to kupiła dla nas do domku odkurzacz. Fajnie, bo wreszcie szybciutko będzie można sprzątnąć dywanik w pokoju. W sklepiku spotkałyśmy wujka Markusa. Fajnie było z nim sobie chwilkę porozmawiać, ale wszyscy się gdzieś spieszyliśmy, więc rozmowa nasza był bardzo króciutka :).

         W domku, a dokładniej przed domkiem, czekał na nas dziadziuś. Wziął mnie na rączki i zaniósł do mieszkanka, a babcia z mamusią zabrały zakupy. Nie wszystkie jednak, bo część rzeczy została w samochodzie przed naszym jutrzejszym powrotem do Wrocławia. Pobawiłam się jeszcze troszkę lalami, porozmawiałam z tatusiem i położyłam się lulki, bo było już naprawdę bardzo późno, a jutro długa droga przed nami.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
4.01.2007 (czwartek)

         Dzisiaj pospałyśmy sobie nieco dłużej. Nic nas nie goniło, a po wczorajszej podróży byłyśmy bardzo zmęczone. Z resztą poco wstawać z łóżeczka, skoro dziadkowie są w pracy?

         Wstałyśmy w końcu, zjadłyśmy śniadanko, a kiedy wreszcie przestało na chwilkę padać, wybrałyśmy się w odwiedziny do cioci Izy i Kiaruni. Z początku zarówno ja, jak i Kiara, spałyśmy sobie słodko, za to kiedy już wstałyśmy zaczęła się zabawa :). Mamcia nieco się niepokoiła, bo zrobiłam się troszkę brutalna. Zabierałam Kiarze zabaweczki i popychałam ją. Mamusi bardzo się to nie podobało. Dlatego też później, zmieniłam taktykę i od tej poty przytulałam już Kiarunię i dawałam jej buziaki. Szkoda, że mamul nie uwiecznił tego na zdjęciu, ale może następnym razem...

         Po powrocie do domku oczywiście (mimo, że wcześniej jadłam u Kiaruni) przyszła pora na obiadek, a po nim popołudniową drzemkę. Ja bardzo lubię takie drzemki, nawet jeśli trwają one zaledwie 5 minut :).

         Kiedy dziadkowie wrócili do domku, zaczęło się istne szaleństwo. Z resztą co się dziwić, przecież stęskniłam się za dziadziuniem. Mamcię i Bunię wyprawiłam więc na zakupy, a sama zostałam z dziadzią w domku :). I nawet szybciutko położyłam się lulu. Za to kiedy wróciła mamusia, dała mi dydka i teraz byłam już na prawdę bardzo szczęśliwa i mogłam spokojnie spać dalej :).

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
3.01.2007 (środa)

wyjazd do Warszawy

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
1.01.2007 (poniedziałek)

Nowy Rok

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
31.12.2006 (niedziela)

Sylwester

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
29.12.2006 (piątek)

              Dzisiaj jakoś zupełnie nie mogłam się wyspać, przez co troszkę byłam przez cały dzionek marudna. Zapominałam też ciągle o nocniczku, przez co siusiałam gdzie popadnie. I to aż sześć razy! Mamusia była bardzo niezadowolona.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
28.12.2006 (czwartek)

                        Dzisiejszy dzionek zaczęłam bardzo milutko, bo od śniadanka i bajeczki :). Potem mamusia zabrała się za przerabianie mojego wózkowego śpiworka, żebym miała w czym jechać na spacerek, a później... sama robiłam sobie kanapeczki! Mówię Wam, super zabawa.

               Spacerek też był dzisiaj naprawdę udany. Może to dlatego, że było mi cieplutko w śpiworku, a może dlatego, że znów spacerowałyśmy z ciocią Moniką i Antosiem. Mi tam to było w sumie bez różnicy, bo i tak spałam w swoim wózeczku, ale cieszyłam się, że moja mamcia się cieszy.

                Kiedy wróciłyśmy do domku i zjadłam obiadek, namówiłam mamunię na wspólne szaleństwo. A potem łobuzowałam już aż do końca dnia :).

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
26.12.2006 (wtorek)

                       No i kolejny dzień Świąt już za nami. Fajne są, bo pysznego jedzonka pod dostatkiem, masa cudownych prezentów, a do tego jeszcze oboje rodzice w domku. Żyć, nie umierać.

              Dziś bawiłam się dużo moim nowym bujanym konikiem. Rodzice bardzo się cieszyli, że Mikołaj utrafił z prezentem, jednak nie spodziewali się, że z tej radości powiem aż: „wio koniku!”.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
25.12.2006 (poniedziałek)

Boże Narodzenie

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
24.12.2006 (niedziela)

                        Mamunia okazała się być bardziej niecierpliwą niż mi się mogło wydawać. Już rano, po porannych, przedświątecznych zakupach powiedziała, że może by tak już otworzyć prezenty? Mnie długo nie trzeba było namawiać :). Prezentów było co niemiara, ale nie będę się tu o nich rozpisywać, bo dużo tego było a wszystko cudowne :).

               Kiedy już wszystkie podarki było rozpakowane i wypróbowane, zadzwoniliśmy do moich kochanych babć i dziadka ze świątecznymi życzonkami, a potem jeszcze tylko króciutkie zakupy, ostatnie przygotowania, szybciutka kąpiel i wszyscy wskoczyliśmy w odświętne ubranka. Mówię Wam, wyglądaliśmy wspaniale, więc teraz mogliśmy już usiąść do kolacji :). Ja tylko na to czekałam. I nie obchodziło mnie zbytnio, że mamcia nie pozwalała, mi jeść niektórych potraw, w końcu tradycja jest tradycją i musiałam spróbować wszystkiego. He he, jak nie chciała mi czegoś nałożyć, to po prostu podkradałam z jej talerza :).

               Po kolacji rodzice włączyli telewizorek i resztę wieczorku spędziliśmy bezproduktywnie gapiąc się w migający ekran. Szybko jednak dziś położyłam się lulki. Może to dlatego, że miałam dziś tak wiele wrażeń?


Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
23.12.2006 (sobota)

114

Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
22.12.2006 ( piątek)

113

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
21.12.2006 (czwartek)

mam 1,5 roku

Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
20.12.2006 (środa)

112

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
19.12.2006 (wtorek)

999

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
18.12.2006 (poniedziałek)

888

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
17.12.2006 (niedziela)

777

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
16.12.2006 (sobota)

666

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
15.12.2006 (piątek)

555

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
14.12.2006 (czwartek)

333

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
13.12.2006 (środa)

222

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
12.12.2006 (wtorek)

111

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
11.12.2006 (poniedziałek)

890

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
10.12.2006 (niedziela)_

                  Mięliśmy dziś z rodzicami jechać na imprezę urodzinową Kacperka, niestety, przez moja chorobę nic z tego nie wyszło :(. Nawet do domku do tatunia nie pojechałam, bo mamcia bała się mnie teraz pakować do pociągu. Rano pojechałam z mamusią i bunią do sklepiku, po wózeczek dla mnie. Taki jakiś mały, lekki, składany, żeby można było z nim łatwiej podróżować. Oczywiście jak zwykle były jakieś komplikacje, bo na wózeczkach kodu nie było. A w dodatku pani w kasie nie chciała z wózia zdjąć zabezpieczenia, więc troszkę się bunia zdenerwowała. Wszystko jednak się dobrze skończyło – szczególnie dla mnie, gdyż poza wóziem, dostałam jeszcze fajowską kaczuchę! Po powrocie dopadłam dziadziunia i zaczęło się szaleństwo. To on zaprowadził mnie do kuchni, gdzie mamcia z bunią szykowały właśnie obiadek, dał w łapkę tłuczek i pokazał jak pomagać babci w tłuczeniu kotletów :). Z nim chyba szybko nauczę się gotować, he he. Z resztą nie tylko tego, bo i majsterkowanie świetnie nam razem wychodzi. Przekonałam się dziś o tym, kiedy skręcaliśmy szafeczki do kuchni. Normalnie byłam w swoim żywiole :). Wieczorkiem, po tym jakże wyczerpującym dniu, nadszedł czas na zasłużoną kąpiel pod prysznicem. To jest to co Tysiaki lubią najbardziej. Nikt nie był w stanie wyciągnąć mnie z wanny. Suuuuuuuuper było pobawić się w wodzie, tym bardziej, ze wszyscy podziwiali jak ładnie już umiem sama się umyć. Kiedy zaś siłą wyciągnięto mnie z kąpieli, postanowiłam, że w takim razie pomogę babuni. Gdy Bunia weszła do wanny, szybciutko popędziłam do niej i wsadziłam łapki do wody. Chciałam bowiem ją umyć, bo sama tego tak dobrze nie zrobi. Nie wiem jednak dlaczego, nie chciała za bardzo mojej pomocy. Cóż, poszłam więc teraz walczyć z mamusią, żeby nie kładła mnie spać. Przegrałam. Dobrej nocki Kochane Smyki!

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
9.12.2006 (sobota)

         Rano zjadłam pyszniutkie śniadanko – jak zwykle był to serek, bo wprost je uwielbiam. Potem zaś zabrałam się za… obcinanie paznokci mamusi, he he. Później zaś tradycyjnie szalałam z dziadkami. Później za to, pojechałam z mamusią po dyplom na uczelnię J. Babcia Ula nas tam zawiozła, żeby było szybciej.

         Po krótkim pobycie z mamcią w domku, pojawili się dziadkowie. Byli jednak bardzo zajęci i mamusia powiedziała, że nie możemy im przeszkadzać. Dlatego też zdecydowałam, że na troszkę położę się luli J.

         Gdy tylko wstałam, mamusia ubrała mnie i razem z babcią Ulą, pojechałyśmy sobie na pizzę. Wujek Tomek właśnie otwierał lokal na Ursynowie, postanowiłyśmy więc przetestować jego pizzę. Obżarstwo było niesamowite. Zjadłam mamci i babci całego ogórka z pizzy i całą kiełbachę, a i ciasta kawałek mi się dostało J. Za to kiedy przyjechał wujek Tomek, to od niego „góka” wycyganiłam.

         W domu już tyko „góka” wołałam i wcale nie chciałam się położyć. Dopiero przed p…północą udało mi się zasnąć. To wszystko pewnie z nadmiaru wrażeń.

 

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
8.12.2006 (piątek)

                  Rano z mamusią i dziadkami pojechaliśmy na Stadion. Mamusia musiała mi bowiem kupić jakiś kombinezonie, bo nawet pod grubym kocykiem, zaczynałam już marznąć. Oj nachodzili się ze mną i mnie nanosili. W końcu jednak większość z zaplanowanych rzeczy udało się kupić, a nawet nieco ponad to. Ja np. dostałam aż dwa kombinezoniki J. Mamusia i bunia też sobie pokupowały troszkę ciuszków. Tylko dla dziadziunia nic się znaleźć nie udało. Mnie zaś tak znużyły te zakupy, że aż usnęłam u dziadzia na opkach. Mamusia troszkę żałowała, że nie wzięła dla mnie z Wrocławia wózeczka, bo teraz można by było sobie spokojnie pospacerować, ale może jak wszystko dobrze pójdzie, to kupimy jakąś parasolkę. Tutaj niestety na Stadionie takowych nie było L.

                Troszkę nam się zeszło na tych zakupach, byłam więc teraz bardzo zmęczona. Tak bardzo, że kiedy ciocia Ania przyjechała do nas z koleżanką, zupełnie nie miałam siły, żeby się przed nią popisywać. Z tego też względu, siłą rzeczy, musiałam się troszkę zdrzemnąć. Kiedy zaś wreszcie się obudziłam, byłam od razu gotowa do szaleństwa z dziadziusiem J. Szczególnie, że mimo mamci sprzeciwów, kupił mi mnóstwo pyszności (soczki, batoniki, lody – mamcia była przerażona taką ilością słodyczy, tym bardziej, że większość wkrótce spałaszowałam).

         Wieczorkiem zadzwonił do nas tatulek, więc mogłam z nim sobie troszkę porozmawiać przez telefonik. A tak mnie ta rozmowa zmęczyła, że nawet nie pożegnałam się z tatusiem, tylko położyłam się lulki. Mamusia była naprawdę w szoku.

         Muszę Wam się czymś pochwalić. To był niby dzień jak co dzień, jednak mi udało się dokonać niesamowitego wyczynu. Otóż dziś, pierwszy raz w swoim życiu, zrobiłam kupkę na kibelek! Teraz to już naprawdę jestem „duda” (duża).

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
7.12.2006 (czwartek)

            Wstałam dziś dopiero o 9.00. Ależ to było dla rodziców pozytywnym zaskoczeniem J. Już dawno bowiem nie udało mi się tak długo sobie pospać. W każdym razie ja nie narzekam. Dzięki temu, kiedy już wstałam, miałam tyle siły, że mogłam do woli szaleć sobie z rodzicami i babunią. Kiedy zaś znudziło mi się z nimi wojowanie, zabrałam się za dręczenie piesków i kotka. Tzn. rodzice twierdzą, że je dręczyłam, a ja tylko chciałam dostać od nich buziaka i zwyczajnie się troszkę po przytulać (jak w tej bajeczce o Elwirce J ).

         Przed południe powędrowałam jeszcze z rodzicami do sklepiku, bo przecież trzeba było zrobić jakieś zakupy. Potem za to zjadłam sobie zasłużony (pyszniutki) obiadek, he he. Na tym jednak puki co moja radość się skończyła. A wszystko dlatego, że tatko musiał już jechać do Wrocławia i teraz przez kilka dni nie będę go widziała.

         Po tatka wyjeździe położyłam się lulki, aby troszkę ochłonąć i zebrać siły na wieczorne szaleństwo z dziadkami. Oj, ubaw był przedni. Szczególnie z dziadziusiem, bo on zawsze potrafi mnie rozbawić. Dlatego właśnie zawsze z nim zostaję, kiedy mamusia zabiera babunie do sklepu. Tak też było i tym razem, a z dziadziusiem w domku, a mama z bunią w geancie J. Nawet się nie obejrzałam jak zasnęłam. Nie doczekałam nawet na powrót mamusi. Na chwilkę się tylko przebudziłam jak przyjechała, ale po zaaplikowaniu cacusia, spałam smaczniutko dalej J.

         Dzisiejszy dzień upłynął po hasłem: nakładka na kibelek. Ciągle prowadzałam mamunię do łazienki, żeby mnie na nim sadzała. To jest jednak fajny wynalazek. I jak można się wydurniać podczas siusiania J. A potem jeszcze to spuszczanie wody, he he – nawet jak się nic nie zrobiło J

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
6.12.2006 (środa)

            Dzisiaj mikołajki!!! Jeszcze nie do końca wiem co to takiego, mimo że obchodzę je już drugi raz w życiu. Dostałam nawet z tej okazji ślicznego brązowego konika od moich rodziców. Długo szukali dla mnie prezentu, bo mówią, że w sklepach tylko tandeta i to do tego droga. Ale na szczęście udało się im coś wypatrzeć. I to do tego w dodatku konika – moje ukochane zwierzątko J. Od dziadziusia Mirka i babci Uli dostałam za to fajowskiego krokodylka. Mówię Wam, wygląda całkiem jak prawdziwy, tylko troszkę mniejszy.

         Dziś od rana lataliśmy z rodzicami i załatwialiśmy formalności związane z załatwieniem dla mnie paszportu. Nie obyło się jednak bez przeciwności losu. Pojechaliśmy zrobić mi zdjęcie, a tu pan akurat maszynę zaczął czyścić. Myśleliśmy już, że z załatwienia paszportu nici, ale na szczęście w metrze Ratusz był czynny fotograf i nawet udało mu się zrobić mi zdjęcie. Nie było to takie proste, bo byłam troszkę zmęczona i zła i się przez to popłakałam. Potem za to się uśmiechnęłam, a to podobno tak nie można. Grunt jednak, że w końcu się udało. Panowie nawet byli tak mili, że dali rodzicom gratis moje dwa zdjęcia (te z uśmiechem), bo ujęło ich to, że widać na nich spływającą po moim policzku łezkę. Teraz mogliśmy już iść do Ratusza. Niestety jak zwykle prawdziwe okazało się przysłowie, że za gapowe się płaci. Musieliśmy bowiem jeździć w te i we w te, bo rodzice wzięli mój akt urodzenia bez peselu i wstemplowanego meldunku. Trzeba więc było wrócić z centrum na Ursynów, do Ratusza po pieczątkę. I znów na Plac Bankowy. Na szczęście udało się i komplet dokumentów został wreszcie złożony.

         Do domku wróciliśmy w końcu dość późno. Byłam więc z tego wszystkiego potwornie zmęczona. Po pysznym obiadku, odzyskałam jednak siły do dalszego szaleństwa z rodzicami. Wieczorkiem zostałam w domku z tatuniem, a mamcię i bunię wysłałam do sklepiku. Długo ich cosik nie było, ale nawet się nie gniewałam, bo jak zwykle przywiozły i coś dla mnie. A wiecie co mi kupiły? Nakładkę na deskę klozetową. Ależ mi się to spodobało! Jest taka fajna, czerwona i w dodatku bardzo wygodna (musiałam ją przecież od razu przetestować). Mogę wreszcie usiąść na kibelku tak samo jak rodzice J.

         Wieczorkiem jak zwykle odmawiałam położenia się lulu. Mamusia już w końcu nie wiedziała co ze mną zrobić, żebym w końcu usnęła. Wykorzystała wszystkie znane jej sposoby i nic. Dlatego też poszłam dziś spać naprawdę bardzo późno.

 

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
5.12.2006 (wtorek)

         To była bardzo kiepska nocka. Pewnie dlatego, że przez te nasze kaloryfery, powietrze w domku było strasznie suche. Od samego rana jednak szalałam z mamusią. Bawiłyśmy się naprawdę super, szkoda tylko, że musiałam położyć się na przedpołudniową drzemkę.

Po południu poszłam z mamusią na bazarek. Miałyśmy tam dzisiaj kupić dla mnie kombinezonie, jednak okazało się, że nie ma znów na mnie rozmiaru, podobno w poniedziałek ma być –zobaczymy. Z bazaru poszłyśmy prosto do pani dr na umówioną wcześniej kontrolną wizytę. Już prawie jestem zdrowa, ale jeszcze troszkę gardziołko czerwone, więc nadal mam brać jakieś lekarstewka. W każdym razie, mamusia się cieszy, że już nareszcie jest prawie ok.

Do domku wracałyśmy bardzo szybciutko. Wszystko dlatego, że w międzyczasie okazało się, że możemy dziś jechać z tatka koleżanką z pracy samochodzikiem do Warszawy. Rodzice się cieszyli, bo nie będą mnie musieli ciągać po pociągach, jednak tak szybka decyzja o dzisiejszym wyjeździe też nie była im na rękę. Przez to ekspresowe pakowanie na pewno o czymś zapomnieli J. Miejmy tylko nadzieję, że wzięli wszystko co potrzebne do wyrobienia dla mnie paszporciku J.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
4.12.2006 (poniedziałek)

              Obudziłam się zaraz po wyjściu tatusia. Słyszałam jeszcze jak zamykał za sobą drzwi. Niestety nie zdążyłam wstać, żeby dać mu buziaka na dowidzenia. Musiałam wiec zadowolić się mamusią i to z nią szalałam przez cały ranek J. Potem jeszcze wybrałyśmy się na bazarek, ale niestety okazało się, że znów nie ma dla mnie kombinezoniku L. Pani powiedziała, że może jutro, ale ja już jakoś w to nie wierzę.

W południe znów dopadł mnie katar i kaszelek. Mamusia ma tylko nadzieję, ze się znów nie rozłożę. Teraz to jest nawet troszkę przewrażliwiona na tym punkcie. Za to ja z minuty na minutę robiłam się bardziej paskudna. Mamusia nie wiedziała już co ma robić, żeby choć troszkę doprowadzić mnie do pionu. W końcu włączyła chorały gregoriańskie – pomogło! Sama była w szoku, ale naprawdę na troszkę się uspokoiłam i nawet pozwoliłam się położyć spać. Kiedy zaś tylko po drzemce otworzyłam oczka, z moich ust wydobyło się jedno, stanowcze słowo: „tata!”.

Tatuś wrócił do domku a ja nie mogłam się od niego odkleić. Obejrzeliśmy sobie filmik, wyprawiliśmy mamusię do sklepu, a sami urządziliśmy sobie tańcowanie. Bawiłam się tak cudownie, że nie było nawet mowy o kładzeniu się spać. Dałam się przekonać dopiero po rozmowie z dziadziusiem, babcią Ulą i babcią Renią, a także po obejrzeniu kolejnego filmiku J.

 

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
3.12.2006 (niedziela)

         W nocy obudziłam się z krzykiem. Było ok. 2.00, a ja stanowczo chciałam dostać kiszonego ogórka. A potem jak to zwykle bywa, nie chciałam już zasnąć. W końcu, czy jest lepsza pora na zabawę niż 2-ga w nocy? Zasnęłam więc dopiero o 4.00 godzinie. Ząbki mnie strasznie męczyły i to w dodatku nie tylko w nocy, ale i przez cały dzionek. Coś mi się zdaje, że niedługo powitamy na  świecie kolejną perełkę J.

         To była niedziela pod hasłem „tata”. Zupełnie nie chciałam iść do mamusi, w końcu raz na jakiś czas musimy od siebie odpocząć, prawda? Za to kiedy znów zaczęłam zwracać na nią uwagę, to nie była zbytnio zachwycona tym faktem. Czyżby to dlatego, że ugryzłam ja z całej siły w palec u nagi, a później polowałam jeszcze na niego przez pół wieczoru?

         W południe wybraliśmy się na zakupy do Teslo. Musieliśmy zrobić małe zaopatrzenie, bo już w lodóweczce świeciło pustkami J. Ze to po powrocie, szalałam z tatuniem, ze aż się kurzyło, He He. Potem jeszcze obejrzeliśmy jakieś filmiki i znów bardzo późno położyłam się lulki.

Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
2.12.2006 (sobota)

               Obudziłam się dzisiaj bardzo wcześniutko (jak na sobotę), bo o 8.30. Nie dałam się zdecydowanie wyspać rodzicom. Od samego rana męczyłam ich, żeby się ze mną bawili i bawili się :). Szybko jednak zaczęłam się robi marudna, a co najgorsze – kategorycznie odmówiłam położenia się lulu. Cóż więc było robić. Rodzice cieplutko mnie opatulili, wsadzili do wózeczka i zabrali na spacerek, podczas którego grzeczniutko zasnęłam sobie w wózeczku. Byliśmy na bazarku, gdzie mamcia chciała mi kupić kombinezonik, ale niestety nie było dla mnie rozmiaru. Pani powiedziała, żebyśmy przyszły w poniedziałek :).

               Po powrocie, chwilkę jeszcze pospałam. A gdy wreszcie się obudziłam, obejrzałam z rodzicami kilka filmików, po czym tatko poszedł sobie do samochodziku, a ja zostałam sama z mamusią i razem rozrabiałyśmy w domku :). O dziwo okazało się, że nasze autko działa. Pytanie tylko na jak długo. W każdym razie na pewno będzie je musiał obejrzeć jakiś mechanik :).

                Wieczorkiem tatko poszedł też do Kościółka, żeby jutro cały dzionek spędzić z nami. Ja za to byłam wtedy bardzo niedobra i dałam się mamci we znaki. Mamunia jednak nie była na mnie zła, mówiła, że to przez to, że byłam zmęczona. Położyłam mnie więc lulu i przespałam całe dwie godziny (od 20.00 do 22.00). A kiedy złapałam troszkę energii, znowu nie chciałam się położyć i ponownie stałam się straszliwie marudnym stworzeniem. 

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
1.12.2006 (piatek)

      To był kolejny dzień złośliwości. Strasznie niedobra byłam dla mamusi, a co najgorsze, zdecydowanie nie chciałam jej przeprosić. Wręcz wpadłam w histerię kiedy mamcia się na mnie pogniewała. Ze złości siusiałam wszędzie gdzie popadnie – specjalnie zdejmowałam pieluszkę i siusiałam na podłogę. To jednak nie koniec moich dzisiejszych wybryków. Ze złości rozlałam bowiem w kuchni cały mój soczek. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i zasnęłam, dając tym samym mamusi odrobinę wytchnienia.

      Po obudzeniu nadal łobuzowałam, tym razem jednak byłam już grzeczną dzidzią, a moje szaleństwo przyjęło dużo przyjemniejszy charakter :). Teraz czekałam już z niecierpliwością na powrót tatunia, a kiedy ten zjawił się nareszcie w domku, dopadłam go i musiał się chwilkę ze mną pobawić. Po obiadku zaś obejrzeliśmy troszkę filmików i położyliśmy się lulu. Mamcia była już strasznie zmęczona, wiecie, dzisiaj już troszkę brakowało jej do mnie cierpliwości i była przez to bardzo smutna :(. Chyba muszę być jednak nieco mniej złośliwa.

 
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
30.11.2006 (czwartek)
                  Dziś znów nie chciałam wypić syropków. Mamul mówi, że zupełnie tego nie rozumie, bo są podobno bardzo smaczne, mi jednak w ogóle nie podchodzą. To też mamcię dziwi, że nie chcę pić malinowego syropku, a soczek malinowy to i owszem :). Kolejny dzień byłam też nieznośną dzidzią. Nie słuchałam mamusi, byłam wręcz dla niej złośliwa, gryzłam ją i kopałam, swój soczek malinowy wylałam cały na poduszkę, a jedzonko porozrzucałam po całym mieszkanku (nie tylko po kuchni). W końcu mamuni zaczęło już brakować do mnie cierpliwości. Mówiła nawet, że chce jej się płakać. Szczególnie kiedy ze złości pobiłam ją i pogryzłam, a potem nawet nie chciałam przeprosić. Powiedziała, że dziś osiągnęłam szczyt niegrzeczności. Była z tego powodu naprawdę smutna.
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
29.11.2006 (środa)

                 Dziś byłam nieznośna na całego. Wypluwałam syropki, rozrzucałam swoje ubranka, rozlałam kaszkę i bawiłam się słoiczkami, choć mamcia mówiła, że nie wolno. Za każdym razem trafiałam do kąta, aż w końcu wpadłam z tego powodu w histerię, bo w końcu ile można. Mamusia nie wiedziała już co ze mną zrobić, a ja co z mamusią. Atmosfera robiła się coraz gęstsza, aż w końcu musiało się coś złego wydarzyć. I stało się! Robiłam jak zwykle mamusi na przekór, więc kiedy mówiła, żebym zeszła z łóżeczka, to ja na złość jej stawałam na brzeżku. Za którymś razem jednak straciłam równowagę i spadłam. Mówię, Wam, ale się mamcia wystraszyła. Ja z resztą też, wtuliłam się szybciutko w mamunię i położyłam lulki. Jeśli jednak myślicie, że to coś pomogło na mój nastrój, to jesteście w błędzie. Kiedy się obudziłam, było jeszcze gorzej. Znów wgramoliłam się na wersalkę, jednak tym razem próbowałam swoich sił wychylając się przez oparcie. I... bum. Tym razem zleciałam prosto na łepetynę. Mamusia wystraszyła się nie na żarty. Powiedziała, ze już zupełnie nie wie co ma ze mną zrobić. Ja za to za bardzo się nie przejęłam i dalej byłam nieznośną dzidzią. Tym razem postanowiłam pobiegać po domku i ... bum! Nabiłam sobie wielgachnego guza na czole, kiedy nie wyrobiłam się w drzwiach i walnęłam głową we framugę. Aż mamcia się popłakała z bezsilności. W końcu tyle razy mnie ostrzegała i próbowała uspokoić.

                 Kiedy tatko wrócił i spałaszowaliśmy obiadek, poszliśmy do sklepiku po nowe głośniczki do komputera. Niestety nic nie udało się nam kpić i pewnie tatko w końcu sam będzie czegoś szukał. Ja w każdym razie po powrocie już o głośniczkach nie myślałam. Byłam okropnie zmęczona, więc pogadałam troszkę przez telefon z babciami, pobawiłam się chwilkę sterimarem (choć mamcia mówiła, że nie wolno) i położyłam się lulki, gdyż był to dla mnie wyjątkowo wyczerpujący dzień.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
28.11.2006 (wtorek)
                 Dziś w nocy spałam naprawdę bardzo ładnie, a kiedy tatko poszedł do pracy, ja znów zaciągnęłam babunię do zabawy :). W końcu chyba od tego te nasze babcie są. A w dodatku, musiałam się nią nacieszyć, bo dziś jechała do domku i nie wiem kiedy ją teraz zobaczę. Byłam już troszkę śpiąca, a przez to nieznośna. Z tej złości nawet porozrzucałam na podłodze moje ubranka. Mówię Wam, mamusia nie była zachwycona i znów przez to pomaszerowałam do kąta.

                 Kiedy bunia pojechała już na dworzec, mamcia ubrała mnie i poszłyśmy na wizytę do pani doktor. Niestety, po pierwsze weszłyśmy do gabinetu o godzinkę później, bo inna pani doktor przyjmowała jeszcze dodatkowych pacjentów, więc trzeba było poczekać, aż się zwolni gabinet, a po drugie, okazało się, że nadal jestem chora. Podobno znów mam czerwone gardziołko i rozpulchnione migdałki, a do tego jeszcze cosik mi tam zalega, więc znowu inne leki muszę brać :(.

                 Po powrocie do domku położyłam się lulki. Byłam już strasznie zmęczona tym całym dniem. Za to kiedy już wstałam, to zaraz wrócił tatuń zjedliśmy pyszniutki obiadek. Potem zaś mamcię wyprawiłam do apteki, a sama zaczęłam szaleństwa z tatuniem.

                   Wieczorkiem, kiedy mamusia kładła mnie spać, ja zaczęłam nucić kołysankę. Tę, którą mamcia zawsze mi wieczorkiem śpiewała. I wiecie co? Tatuń dał się nabrać, że to niby mamcia śpiewa, he he.


Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
27.11.2006 (poniedziałek)
              To był dzień wielkiego prania, każdą wolną chwilkę mamunia na nie poświęcała, nawet czas, kiedy ja szalałam z babunią. No cóż, w końcu troszkę się tego nazbierało, a my w domku dysponujemy jedynie niewielką franią :). W każdym razie, nie tylko na praniu spędziłyśmy ten dzionek. Z resztą poczytajcie sami.

               Kiedy tatko poszedł do pracy, ja zaciągnęłam babunię do wariacji, a potem razem oglądałyśmy bujane koniki na allegro. Niestety, mamunia mówi, że są one za drogie, jak dla nas :(. Może kiedyś uda mi się ją na jednego naciągnąć.

               W południe poszłyśmy z mamcią i bunią na bazarek po zakupy na obiadek. Mamusia kupiła dla mnie ceratkę na stoliczek, którą zainstalowała zaraz po powrocie :). Teraz mogę już sobie rozwalać jedzonko, jak mi się tylko podoba :).

               Po spacerku byłam już tak zmęczona, że położyłam się lulki i nawet udało mi się przespać całe dwie godzinki :). W każdym razie kiedy wstałam, byłam już tak rozkoszna, jak tylko ja potrafię. Podkradałam innym obiadek, spałaszowałam całego bananka, a potem jeszcze szalałam z babunią :). Później jednak znów ogarnęła mnie senność, przez co ponownie zrobiłam się nieznośną dzidzią. Nawet babunię ze złości ugryzłam, jednak rodzice postawili mnie za to do kąta :(. Babcia też się chyba troszkę pogniewała, bo niedługo zabrała tatunia i pojechali razem na dworzec po bilecik dla niej, a potem jeszcze na zakupy do tesco, więc nie było ich w domku strasznie długo :(.

                Od dzisiaj mamy w domku internet, czego mogliście się domyśleć, czytając o naszym oglądaniu koników :). W każdym razie mamusia się strasznie cieszy, a więc i ja chyba też, choć jeszcze nie wiem do końca co to dla mnie oznacza :).

                Od dzisiaj też, ja potrafię mówić nowe słowo, a mianowicie: „drugi”. Coraz ładniej też mówię : duży” i „ dużą”. No bo przecież jestem bardzo mądrą dziewczynką :). Z to mamusia czuje się już troszkę lepiej i dziś nawet odkryła, że te dni, kiedy była bardziej chora, jakoś jej gdzieś uciekły.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
26.11.2006 (niedziela)

                 Dziś mamcia rozłożyła się już na dobre. Oprócz bolącego gardła i głowy, dopadł ją jeszcze katarek i kaszel – mnie zresztą też :(. Niestety nie było więc mowy o spacerku, tym bardziej, że na dworku zimno.

                 Rano rodzice i bunia zabrali się za przemeblowanie i powiem Wam, że może i się namęczyli, ale teraz wygląda to wszystko dużo lepiej, a miejsca (wbrew wcześniejszym obawom) wcale nie ubyło :).

                 Po południu tatko zabrał bunię na zakupy, a ja za to pogadałam sobie troszkę przez telefon z moją chrzestną (ciocią Magdą). Fajnie tak mieć telefon i móc sobie do różnych osób dzwonić :).

 
Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
25.11.2006 (sobota)

                 Dziś, mimo soboty, tatko musiał iść niestety do pracy. To dlatego, że ostatnio troszkę sobie pofolgował i teraz musi nadrobić zaległości. Ja z bunią i mamcią byłam za to na króciutkim spacerku. Podobno byłyśmy w parku i podobno były tam wiewióreczki, ale ja niestety usnęłam zaraz po wyjściu z domu, więc nie mogę tego potwierdzić :).

                  Po pracy, tatko poleciał jeszcze do Kościółka, żeby już jutro mieć cały dzionek dla nas. My nie poszłyśmy, bo ja cały czas jeszcze jestem chora, a do tego i mamusia się rozłożyła. Nie za ciekawie co? I to akurat teraz, kiedy jest u nas Bunia :(.

                  Kiedy tauń wrócił, mamcia z bunią zostawiły nas samych i powędrowały, jak na kobity przystało, na zakupy. Za to ja z tatuniem szalałam na całego, a kiedy reszta ferajny wróciła, to już w 4-kę sobie szaleliśmy aż do wieczorka.

 
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
24.11.2006 (piątek)

                   Od samego rana, nie mogłam się wprost doczekać na tatusia. Wiedziałam, ze dzisiaj wróci, bo mamcia mi wczoraj powiedziała. Dlatego od samiutkiego rana zaczęłam oczekiwanie :). Zjadłam nawet ładnie antybiotyk – choć co prawda znów w zamian za czekoladkę, ale zawsze. Potem nawet mamusi w domku pomogłam :). Kiedy mamul zamiatał dywanik, ja pobiegłam szybciutko do kuchni i z szafeczki przyniosłam jej szufelkę. Mówię Wam, ale się zdziwiła jak to zobaczyła. Później trzymałam jej tą szufelkę, żeby jej łatwiej było zmieść śmieci z dywaniku. Nie wiem tylko dlaczego stwierdziła, że woli to sama zrobić. Trudno, jej sprawa. W każdym razie, ja później zabrałam od niej szufelkę, a kiedy powiedziała, żeby wyrzucić zawartość do śmieci – zniknęłam na moment w kuchni, po czym wróciłam z pustą szufelką. Muszę przyznać, że mamcia mnie nie doceniła. Ganiała mnie kilka razy z tymi śmieciami, ale ciągle myślała, że będzie jeszcze musiała po mnie posprzątać. A tu, miłe zaskoczenie. Ja naprawdę chodziłam do kuchni, otwierałam szafeczkę i wyrzucałam wszystko do kosza na śmieci, po czym zamykałam szafeczkę i wracałam do mamci. A co, przecież mądrutka jestem :).

                   Pomagałam dziś też mamusi w myciu kuchennej podłogi, a kiedy myła główkę – podawałam jej ręczniczek. Napracowałam się więc dzisiaj za wszystkie czasy :). I tak oto minęło pół dnia. Nawet się nie obejrzałam, jak tatko wrócił do domku, przywożąc ze sobą Bunię :). Ja oczywiście wyszłam im z mamcią na przeciw, a kiedy bambetle wszystkie były już przyniesione z samochodziku – złapałam moją lalę, wpakowałam ją do jej wózia i latałam z nią po całym mieszkanku, bo przecież bardzo się za nią stęskniłam. Oczywiście z babcią Renią też szalałam i to nawet sporo. W końcu już tak długo się nie widziałyśmy. Musiałam się też przed nią troszkę po popisywać, bawiłam się więc jedzonkiem, jak to tylko ja potrafię. Później pokazywałam Buni reklamę jednego z hipermarketów, w której były same zabaweczki. Tyle, że tak skutecznie oglądałyśmy, że aż się troszkę porwała (w strzępy :) ). Nawet mamusi i babci pokazywałam, że na jednej ze stron był „paj”, tylko niestety troszkę czasy zajęło im domyślenie się, że chodzi mi o konika :). A przecież to takie logiczne, bo konik w końcu robi patataj :), prawda?

                   Po całym moim reklamowym szaleństwie zabrałyśmy się za porządki z tymi wszystkimi bambetlami. Niestety okazało się, że połowa moich ciuszków jest już za mała i powędrowały do szafy w przedpokoju :).

                   Po południu znów ładnie zjadłam antybiotyk. Nie mogłam przecież pokazać babuni jaka ze mnie maruda. A potem już tylko czekałyśmy na tatunia. No tak, zapomniałam wam przecież napisać, ze był w pracy. A więc był i zjawił się wreszcie w domku ok 19.00. Wtedy to mamcia usmażyła pyszniusie naleśniczki, którymi wszyscy sie zajadaliśmy :). Kiedy zaś głód nasz został już zaspokojony, rodzice zabrali się za składanie naszego komputerka, który tatuś z babunią przywieźli dzisiaj z Piły. Teraz mogliśmy sobie w spokoju pooglądać na nim moje zdjęcia. He he, wiecie, że nawet rozpoznałam na nich dziadziusia? Wołałam przy okazji „dziadzia” i bardzo się cieszyłam, że go widzę – mimo, że tylko na zdjęciu. Nie mogło się więc obyć bez telefonu do Warszawy, po którym to, zmęczona tym wyczerpującym dniem, szybciutko usnęłam.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
23.11.2006 (czwartek)

                  To było dziwne – nocka bez tatunia. Ale przynajmniej z mamunią miałyśmy więcej miejsca na łóżeczku, a dzięki temu lepiej się wyspałam. Potem ładnie zjadłam antybiotyk (to dlatego, że mamcia mnie przekupiła czekoladką :), ona wie, że to nie jest dobry sposób, ale inaczej nie dałaby rady wcisnąć mi tego paskudztwa).

                 Po śniadanku znów położyłam się luli. Jakiś taki senny był ten dzionek. Kiedy zaś wstałam, mamcia wsadziła mnie do wózeczka i pojechałyśmy na zakupy. Nie powiem, żeby była szczęśliwa, ze zabiera mnie do skupiska ludzi, ale co było robić. Przecież w domku mnie samej zostawić nie mogła.

                 Po powrocie i po pysznym obiadku, mamcia zabrała się za rozmrażanie lodówki, a ja za przeszkadzanie jej w tym :). Wchodziłam na moje krzesełko i zdejmowałam z półek różne rzeczy – mamcia krzyczała i stawiała mnie na ziemię, ale ja szybciutko myk i znów byłam na krzesełku. Oj, umęczyłyśmy się ze sobą nawzajem. W końcu nawet spadłam z krzesełka na główkę i mamcia się wystraszyła, ale za pół minuty znów stałam na krzesełku, a mamcia kombinowała, co zrobić, żeby mnie tego oduczyć. W międzyczasie oczywiście trwało przygotowywanie obiadku na jutro, a także kolejne (znowu nieudane) podejście do prania :).Taka ze mnie pomoc domowa.

                 Kiedy zbliżała się 16.00, ja zaczęłam moje codzienne oczekiwanie na tatusia. Kompletnie zapomniałam, że on dzisiaj nie przyjedzie. Co chwilkę biegałam więc do drzwi wołając: „tata?”. W końcu jednak zrozumiałam, że to czekanie nie ma sensu i wróciłam do normalnych zajęć (tj. Do marudzenia :) ).Kompletnie nie chciałam zasnąć i byłam okropnie nieznośna, a mamusia zupełnie nie wiedziała czemu – podejrzewała tylko, że to sprawka mojego 12 ząbka, który właśnie dzisiaj się pojawił. Co prawda nie bardzo go jeszcze widać, ale już czuć jaki jest ostry. Szczególnie kiedy gryzę mamunię. Zawsze jednak potem dostaje ode mnie buziaka :).

                    Po marudziłam, po marudziłam i położyłam się lulu. Teraz więc śpię niewinnie jak aniołek. Aż trudno uwierzyć, że tak słodka istotka, mogła dziś bić ze złości swoją mamusię.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
22.11.2006 (środa)

Ależ to była udana nocka. Pierwszy raz w tym tygodniu ani razu się nie obudziłam :). Dlatego też rano byłam bardzo wyspana i razem z rodzicami zasiadłam do śniadanka (tyle, że ja przy swoim stoliku).

Rano tatuń poszedł do pracy, a ja poszalałam jeszcze troszkę i ponownie położyłam się lulu. Kiedy zaś wstałam, moje pierwsze słowo brzmiało „kau”. Mamusia kompletnie zbaraniała, bo nie miała pojęcia o co mi chodzi. Szybko jednak domyśliła się, że szukam klauna i podała mi go, a ja byłam bardzo szczęśliwa :).

Po porannej drzemce, mając nowe pokłady energii, zabrałam się znów za rozrabianie. Chciałam pomóc mamci w praniu, ale ona nie była zachwycona, kiedy przyniosłam z pokoju tatunia spaniową koszulkę i wrzuciłam do piorącej frani. Nie była też zachwycona, kiedy jej nocną koszulkę, która właśnie skończyła schnąć, wsadziłam do brudnej wody. Ale ja przecież tylko chciałam pomóc :(.

Jak każdy, mam swoje gusta i smaki. Dlatego też dziś zdecydowałam, że zamiast jeść pyszniutki, cieplutki obiadek, który mamusia przygotowała, zjem sobie zimną parówę z lodówki. Tak też zrobiłam, jednak mamul znów był zawiedziony.

Po jedzonku, zabrałam mamusię do przedpokoju i dawałam sobie buziaki w lustro. Ależ to było fajne, he he. Nawet mamusia wreszcie się uśmiechnęła i też dała mi buziaczka. Potem dała mi jeszcze cycusia i nawet się nie obejrzałam, jak sobie smacznie lulałam :), przez sen robiąc minki dokładnie jak babcia Ula :).

Po pracy tatuś wrócił tylko na chwilkę. Zjedliśmy obiadek, rodzice wcisnęli mi ten okropny antybiotyk, tatuń chwilkę mnie ponosił i już musiał jechać do Warszawy. Nie bardzo rozumiałam dlaczego. Szybko jednak doszłam do siebie i znów zaczęłam szaleć. Dawałam nawet mamuni buziaczki w czółko i w oczko i w nosek :). A potem znienacka... cabas za nos, he he. Fajnie było. Niestety szybko zmorzył mnie senek.


Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
21.11.2006 (wtorek)

                  Dziś wreszcie wyszłyśmy ze szpitala. Ale może od początku. Rano obudziłam się wcześniutko i to w dodatku byłam bardzo głodna. A śniadanka nie było i nie było. Wkrótce przyszła pani i zabrała mnie na badanie usg. To było troszkę dziwne, bo wypis był już praktycznie gotowy. Na szczęście badanie nic złego nie wykazało, ale pani dr pytała mamci czego ma szukać he he. Niezłe co? Poza tym pani była zła, że kupki ostatnio nie robiłam i nic nie widzi, ale to ona przecież kazała mi podawać smectę na moją „biegunkę”. No cóż, mamcia się troszkę podenerwowała, bo pielęgniarki też sie jej czepiały (nie chciały mi wyjąć wenflonu), ale na szczęście my właśnie wychodziłyśmy. Potem na szczęście już tylko taksówka i byłyśmy w domku. A tu właśnie panowie montowali szafeczkę w przedpokoju. Hałas był prze okrutny. No, ale przynajmniej mamy więcej miejsca na rzeczy i takie duuże lustro :). W tym czasie był też u nas właściciel mieszkanka i przyniósł mi jajo z niespodzianką (w środku była małpka niebieska, która dzięki mojej pomocy dostała łysienia plackowatego :) i kinder kanapkę, które naturalnie zaraz spałaszowałam. Pan poszedł jednak z tatuniem po opłacać rachuneczki, a ja zostałam z mamcią i zabrałam się za penetrację lodówki :), po czym zaczęłyśmy doprowadzać troszkę kuchnię do porządku po naszej nieobecności. Kiedy zaś panowie od szafy sobie poszli, a tatko wyszedł z panem od mieszkania obejrzeć jeszcze okolicę i kupić mi lekarstwo, zabrałyśmy się za resztę mieszkanka (ale dojście z tym do ładu zajmie na pewno dużo więcej czasu).

                  Po tatka powrocie dostałam pierwsze papu na moim stoliku i moim krzesełku, które tatko przywiózł z Piły i skręcił :). Później jednak musiałam wziąć kąpiel pod prysznicem :), przed czym szczerze mówiąc nie bardzo protestowałam :). Po południu jednak tatko musiał iść do pracy. Ja w tym czasie zdrzemnęłam się, a potem z mamusią wzięłyśmy się za robienie placków ziemniaczanych - a to dlatego, że byłam już bardzo głodna, a w domku nie było dosłownie nic poza kaszką brzoskwiniową, którą już spałaszowałam i nie chciałam więcej. Niestety okazało się, że nasza patelnia nie nadaje się do takich specjałów i po tatka powrocie mamul poleciał po nową patelnię. Teraz smażenie szło już jak po maśle i nawet rodzice dali mi spróbować placuszka.

                   Wieczorkiem rodzice dali mi paskudny antybiotyk. Zupełnie nie chciałam tego pić, ale wlali mi to do buzi siłą – mówią, że to dla mojego zdrówka. Na szczęście później mogłam zadzwonić do moich babć, więc szybko o tym zapomniałam.

                   Dziś w miarę szybko położyłam się lulu, więc i rodzice mogli wcześniej iść spać :). Nauczyłam się stawać na krzesełku i zdejmować rzeczy z miejsc, do których do tej pory nie miałam za bardzo dostępu :).

 
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
20.11.2006 (poniedziałek)

               Oj, dobrze mi się dzisiaj spało (obudziłam się tylko na siusiu i cycusia). Pewnie to dlatego, że miałam nadzieję na dzisiejszy powrót do domku. Jednak nic z tego nie wyszło i musimy zostać co najmniej do jutra rana.

               Dziś był bardzo śpiący dzień, więc po śniadanku urządziłam sobie kolejną drzemkę (a mamusia ze mną). Dziś też nie wychodziłam prawie z pokoju, bo Marysia niestety gorzej się czuła i nawet wymiotowała (panie pielęgniarki mówią, że ode mnie się zaraziła biegunką – ciekawe co?). Niestety też w południe musiałam iść na zmianę wenflonu, bo ten co miałam się troszkę poruszył :(. Mamcia nie mogła na to patrzeć i musiała iść do sali, szczególnie, że wcześniej była też przy pobieraniu krewki do badań – słabiutka ta moja mama :). Po południu za to odkryłam do czego służą kieszenie i do kieszonek w swojej sukienusi wkładałam krokodylka i mamci telefon :), strasznie mi się to spodobało.

               Po południu Marysia na szczęście czuła się już troszkę lepiej. Nadal jednak nie mogłam się z nią pobawić. Nie miałam też w swoim pokoiku zbyt wiele do roboty. Z niecierpliwością czekałam więc na kolacyjkę, a ta nie chciała coś do mnie przyjść :). Kiedy jednak panie wreszcie ją przyniosły, wchłonęłam szybciutko kanapeczki i parówy i z pełnym brzuszkiem położyłam się lulu. 

               Kiedy wstałam, przyszedł do mnie tatuś, więc poszalałam z nim troszeczkę. Szybko jednak musiał iść z powrotem, a mamusia walczyła ze mną, żebym położyła się spać. Wkrótce jednak znowu musiałam wstać, bo znów były jakieś problemy z moim wenflonem. Panie pielęgniarki troszkę się namęczyły, żeby sprawdzić co jest nie tak, ale wygląda na to, że wszystko było dobrze, tylko żyłka cienka i dlatego mnie bolało. Na szczęście jutro rano już ostatnia dawka antybiotyku.

              Mamusia znów musiała się mnie nanosić i na śpiewać kołysanek żebym usnęła. No, ale dzięki temu teraz sobie smacznie śpię :). Dobranoc kochane Smyki!

               Dziś nauczyłam się nowego słowa - „kau” = klaun :)


 
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
19.11.2006 (niedziela)

                  Znowu miałam kiepską nockę, ale teraz to mamcia jest na 100% pewna, że to przez ząbki. Gryzłam ją bowiem niemiłosiernie. Dziś do domku poszedł mój kolega Bartek, znowu więc mniej nas zostało do zabawy. Na szczęście jest jeszcze Marysia, bo przynajmniej z nią sobie szaleję. Pokazała mi nawet gdzie są automaty z kulkami – ona ma całą kolekcję tych kuleczek :).

                  Po południu znów odwiedził mnie tatuś i znów kąpałam się gąbeczką, he he. Mogłam też dryndnąć do babci Reni. A że tatko przyniósł mamusi rosołek, to mogłam jeszcze dopełnić brzusio i dzięki temu usnęłam już o 19.30 i nawet nie obudziłam się na zastrzyk :).

                  Pani dr powiedziała, że może jutro pójdziemy już do domku, ale później była kiepska kupka, więc nie wiadomo jak to będzie, bo tutejsi lekarze twierdzą, że mam biegunkę. Mi jednak o tym nic nie wiadomo.

                  Dziś pokazywałam mamusi na mapie, w jej kalendarzu, gdzie mieszkamy my, gzie babci Renia, a gdzie babcia Ula i dziadzio Mirek :).

Komentarzy: 2 (Komentarze)
 
 

 
 
18.11.2006 (sobota)
 

                  Zdecydowanie nie spałam dzisiaj najlepiej. Budziłam się z płaczem co 1 – 1,5 godziny i mamusi ciężko było mnie uspokoić. Tym bardziej, że przy okazji została przeze mnie dotkliwie pogryziona.

                  Po śniadanku odwiedził nas tatuń. Strasznie się z tego ucieszyłam i byłam już zupełnie inną dzidzią niż do tej pory. W końcu jednak przyszedł kryzys i w akcie histerii wspinałam się nóżkami po krzesełku, żeby dostać się do mamusi na rączki (ciężko to opisać co dokładnie robiłam :)). Kiedy zaś tatko sobie poszedł, ja wyszłam na chwilkę pobawić się z koleżankami. I bawiłam się tak, aż do kolejnej wizyty tatunia :). Zupełnie się nie spodziewałam, że jeszcze przyjedzie do nas, ale strasznie się z tego cieszyłam (tym bardziej, że przywiózł mi przy okazji prezencik od babci Reni - rajstopki). Razem zadzwoniliśmy do babci Reni i do babci Uli i dziadzia Mirka :). A w dodatku tatko pomógł mamusi mnie wykąpać gąbeczkę :) (kąpiel moja jest niestety mocno utrudniona, bo nie mogę zamoczyć wenflonu, który mam w stópce :( ).

                 Dziś znowu nie bardzo chciałam usnąć. Sen zmógł mnie dopiero po 22.00, zaraz jednak obudziła mnie pani pielęgniarka, która przyszła z zastrzykiem. Teraz to już w ogóle nie było mowy o spaniu. Dopiero po północy, o 0:30 udało się mamusi ululać mnie do snu. A trzeba przyznać, że była już na prawdę padnięta. Tym bardziej, że przez kilka ostatnich godzin nosiła mnie na rączkach i śpiewała :).

                  To był kolejny dzionek bez gorączki – jednak ze smectą (fuj!). I to w dodatku na siłę mi dawali, mimo, że tłumaczyłam im przecież, że nie chcę.

Komentarzy: 2 (Komentarze)
 
 

 
 
17.11.2006 (piątek)

                  W nocy przez moment miałam jeszcze 37,1° C, ale na szczęście tylko przez chwilę, więc dzisiejszy dzionek można zakwalifikować jako pierwszy bez gorączki :). Pięknie przespałam całą nockę, więc mamunia pozwoliła mi troszkę powariować z innymi dzidziami. Byłam jednak bardzo zmęczona, a przez to marudna. Z tej całej histerii aż kładłam się na podłogę (mamusia była w szoku, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam).

                 Przy śniadanku troszkę jeszcze marudziłam, później jednak szalałam jak o tylko ja potrafię, a po południu nawet pozwoliłam mamci się uśpić :) (po długiej namowie). Dlatego też, po obiadku wróciłam do dzieci. Niestety okazało się, że Ola i Karolcia wyszły już do domku, więc było nas troszkę mniej do łobuzowania.

                 Wieczorkiem byłam już tak marudna, że urządziłam mamci scenę na korytarzu. Aż nawet przyszła pani dr i na mamcię nakrzyczała, że jestem za głośno i żeby coś z tym zrobiła, albo podadzą mi leki uspokajające. Mamusia aż się popłakała z bezsilności. Na szczęście akurat przyszedł do nas tatuń, to troszkę ją pocieszył i mną się zajął, a w dodatku przyniósł mi nową zabaweczkę – misię Justysię (taką z herbatki saga :) ).

                 Rodzice położyli mnie lulu, jednak kiedy już prawie spałam, przyszła pani pielęgniarka (na dodatek pomyliła sale, bo wcale nie chciała do mnie przyjść) i tyle było spania. Od nowa zaczęłam więc wariacje z tatuniem i marudzenie. Tym razem jednak zdecydowanie nie chciałam już zasnąć. Przypomniałam nawet rodzicom o myciu ząbków :). W końcu jednak zmorzył mnie senek i teraz smacznie sobie lulam :).

                  Dziś nauczyłam się nowych rzeczy – potrafię powiedzieć „papaj” = patataj (tak robi konik), „ge ge” = gę gę (tak robi gąska), „gzzz” = bzzz (tak robi pszczółka). Dziś byłam bardzo niedobra dla mamusi. Mocno ją pogryzłam, ale to dlatego, że idą mi nowe ząbki. Z tego też chyba powodu, robiłam dziś nieco luźniejsze kupki (pani dr oczywiście stwierdziła, że mam biegunkę i kazała mi podawać smectę :( ). Doskwierały mi też bolące gardziołko i zapchany nosek, przez który ciężko było mi oddychać w nocy. Na szczęście chociaż gorączki się pozbyłam i wrócił mi apetyt :).

Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
16.11.2006 (czwartek)
                         Niestety nie obyło się bez szpitala. O 2.30 mamusia zapakowała mnie w taksówkę i pojechałyśmy na izbę przyjęć. Nie było już na co czekać, bo znów miałam 39,7° C, a antybiotyk nie chciał działać.

                  Tutaj nie jest nawet tak źle. Dużo dzidzi w około, szkoda tylko, że mamcia nie za bardzo daje mi się z nimi bawić. No i że te ciocie w białych fartuchach, ciągle robią mi różne bolesne, nieprzyjemne rzeczy. Rączki mam już całe pokłute i żyłki porozwalane, a wenflonik w końcu w stópce wylądował (przez co teraz nie bardzo mogę chodzić, choć bardzo bym chciała). Ale za to miałam okazję poznać tatusinego pana prezesa i jego żonę, bo przyjechali do nas i przywieźli mi papuniu i naczynka (bo mamusia, tak sie pakowała, że zapomniała najpotrzebniejszych rzeczy).

                 Po badaniach u pana laryngologa, okazało się, że mam ropną anginę. Nie wiadomo jednak, czy to jedyna przyczyna mojej gorączki. Teraz musimy poczekać na wyniki pozostałych badań. Wiadomo na razie tyle, że na pewno jest jakaś infekcja bakteryjna.

                Dziś bardzo ładnie już jadłam i piłam, a przez to często siusiałam. I nawet pierwszy raz powiedziałam „sisi”. W końcu też udało mi się przekonać mamusię, żeby puściła mnie do dzidzi. Wieczorkiem już prawie spałam, kiedy pani przyszła na obchód i mnie obudziła. Myślała, że charczę (a ja tylko chrapałam, bo miałam nosek zatkany, z resztą mamcia jej o tym powiedziała nawet). W końcu jednak przyznała, że się pomyliła – tyle, że wtedy to ja już znowu nie chciałam zasnąć. Później jeszcze przyjechał tatko (prosto z delegacji), więc już w ogóle spanie miałam w nosie. Szczególnie, że wieczorkiem jeszcze wróciła mi troszkę temperaturka i musiałam dostać czopek (fuj!). Przez to jeszcze bardziej marudziłam i jeszcze bardziej nie chciałam lulać. Ale się mamcia ze mną nachodziła i na śpiewała kołysanek, żebym w końcu usnęła. No, ale dzięki temu smacznie już śpię. Dobranoc Smyki!

                To był naprawdę ciężki dzionek. Kroplówki, zastrzyki – ciężka sprawa. A mamusia jeszcze się złościła, jak od innych mam się dowiedziała, że musi iść po leki dla mnie do apteki – bo nikt jej tego nie powiedział. Chyba jutro pogada na ten temat z panią dr.

Komentarzy: 1 (Komentarze)
 
 

 
 
15.11.2006 (środa)

                  Temperaturka dzisiejszej nocy była już rekordowa – 39,7° C. Rodzice dzwonili nawet na oddział do szpitala, ale tam pani powiedziała tylko, żeby rodzice robili mi zimne kąpiele. Cóż było robić – trafiłam pod prysznic i powiem Wam szczerze, nie bardzo mi to przeszkadzało :).

                   Rano tatko poszedł do pracy, a ja znów dostałam temperaturki. Tym razem jednak zdecydowanie odmawiałam prysznica. Mamcia za to była nieugięta, więc kąpiel mimo wszystko doszła do skutku.

                   Byłam dzisiaj nadzwyczaj marudna. Nie chciałam kompletnie nic jeść, ani przyjąć lekarstwa. Na szczęście chociaż pić chciałam (i to jak smok :) ). Kiedy troszeczkę spadła mi temperaturka, postanowiłam pomóc mamusi przy robieniu twarożku, a dokładniej przy krojeniu rzodkiewki (zrzucałam z deseczki wszystko, co mamusia pokroiła, nawet czasami trafiało to do miseczki :) ).

                  Po południu poszłyśmy z mamcią do pani ginekolog. Nawet tatusia spotkałyśmy przed gabinetem :). Bardzo się ucieszyłam, bo miałam go już dzisiaj nie widzieć (miał prosto z pracy jechać w delegację, ale przyszedł ze mną do pani dr, bo się z mamcią o mnie martwią ). Pani była bardzo miła, a ja grzeczniutka. Mamusia troszkę się uspokoiła, jak pani powiedziała, że nic złego się nie dzieje. Teraz tylko powraca pytanie skąd ta gorączka?

                  Po wizycie u ginekologa poszłam do jeszcze jednaj pani dr , bo rodzice martwią się, że moja temperatura się utrzymuje cały czas. Tutaj dowiedziałam się, że musze brać antybiotyk, a jeżeli on nie pomoże, będę musiała iść do szpitala. Nadal jednak nie wiadomo co to takiego jest. Pani dr podejrzewa, że to jednak jest zakażenie układu moczowego.

                 Wieczorkiem w domku szalałam jak tylko, bo antybiotyk zbił mi troszkę gorączkę. Wariowałam też troszkę jak przyszedł do nas wujek Paweł, chociaż wtedy byłam już bardzo zmęczona i niebawem położyłam się lulu. 

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
14.11.2006 (wtorek)

                   No dobra, cofam zdanie, że poprzednie nocki były ciężkie. Dziś to był dopiero koszmar. Obudziłam się ok 6.00 znów z temperaturą 39,3° C, któr po panadolu zeszła tylko do 38,5° C. Dopiero rano troszkę opadła, dokładniej kiedy byliśmy już w przychodni. Niestety aby dostać się do lekarza, trzeba być tu zapisanym, więc najpierw czekała nas tona formalności, jakichś papierów (co pochłaniało strasznie dużo czasu). Potem jeszcze w rejestracji, pani nie mogła znaleźć mnie w komputerku (2 razy) – a za każdym razem tatko musiał stać w gigantycznej kolejce. W końcu jak już się udało mnie umówić, to dopiero na 16.30. Cóż było robić? Mamcia była co prawda u pani dr, która rano przyjmowała, ale ta (mimo, że akurat nie miała pacjentów) nie chciała mnie przyjąć. Powiedziała, że skoro gorączka spadła, to mogę poczekać do wieczora, albo do jutra. Ewentualnie mogę przyjść jak znów będę miała 39° C, bo ona ma jeszcze 40 pacjentów dzisiaj i jest zmęczona. Musiałam więc poczekać na wizytę cały dzionek.

                 W domku wrócił mi humorek. Nawet mamci mierzyłam temperaturkę pod pachą długopisikiem :). Pewnie robiłabym to termometrem, ale tatko niechcący wziął go do pracy. Szalałam i szalałam. Nawet jak zadzwonił wujek Paweł, to dałam mu całą serię buziaków przez telefon. Potem jeszcze położyłam się na troszkę z mamusią, a kiedy wstałam, znów miałam temperaturkę. Po kolejnej dawce panadolu, ponownie położyłam się lulinki.

                  U pani dr było całkiem milo. Miała fajną gąskę i świnkę, ale niestety powiedziała, że jestem za gruba i mamusia musi mnie troszkę odchudzić. Po badaniu, powiedziała też, że idzie kolejny ząbek, ale i gardziołko mam zaczerwienione, więc gardziołko będziemy na razi leczyć. To jednak nie było najgorsze. Przy okazji okazało się bowiem, że musimy jeszcze iść do ginekologa, a ja nawet nie wiem kto to taki.

                 Po powrocie do domku, znowu zaczęłam szaleć. Bawiłam się też ładnie moim dinozaurem (chodziłam nim po mebelkach i sobie śpiewałam :) ). Potem jednak zmorzył mnie senek i wróciła gorączka.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
13.11.2006 (poniedziałek)

                  No i jak tu nie mówić, że 13-ty jest pechowy? Dziś rozchorowałam się na dobre, no ale może od początku.

                  Nocka była dla mnie niezbyt udana (z resztą jak kilka poprzednich). Tym razem jednak doszła do tego jeszcze lekko podwyższona temperaturka. Na szczęście rano nie było już po niej śladu i mogłam szaleć na całego. Pomagałam nawet mamusi przy sałatce jarzynowej, chociaż nie do końca chyba rozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Ziemniaczki, które obierałam, zamiast do mamci, trafiały jakimś cudem do mojej buzi, he he :).

                 Dziś też byłam bardzo gadatliwa, a na tapecie było słowo „mama” - dokładniej mówiąc to „mamamamamama...” itd. Mówiłam je, śpiewałam (przy okazji tańcząc), ogólnie bawiłam się wspaniale. Z mamcią też dzisiaj malowałyśmy mazaczkami i nawet odbiłyśmy moje stópkę i rączkę na karteczce :) - z resztą już nie pierwszy raz :).

                  Po południu jednak, tak ok. 15.00 znów miałam wyższą temperaturkę i mamusia dała mi panadolek, po którym wszystko wróciło do normy – łącznie z moim humorkiem. Czekałam już teraz z niecierpliwością na tatunia (i kolejne porcje pomidorówki, bo 2 już zjadłam :) ). Wołałam go nawet i sprawdzałam przy drzwiach czy go nie ma, a później jeszcze wyciągnęłam mamę na poszukiwania i znalazłyśmy go... w Kauflandzie :).

                 Poszalałam sobie z rodzicami, a co? Później jednak powróciła gorączka – tym razem aż 39,3° C. Kiepsko było spać z taką temperaturką. Nawet panadolek nie bardzo sobie z nią radził. Tatuś obdzwonił wszystkich znajomych i wujka Wojtka i ciocię Bożenę, żeby znaleźć dla mnie lekarza. Rodzice bali się też, że będzie trzeba jechać do szpitala. W końcu jednak temperatura troszkę spadła i udało mi się zasnąć.

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
12.11.2006 (niedziela)

                 Oj nie spałam dzisiaj najlepiej. Cosik mi dokuczało, ale rodzice nie bardzo wiedzą co. W każdym razie rano było już dobrze i poszliśmy całą 3-ką na spacerek do parku. Pogoda była całkiem ładna, tylko chłodno nieco. Mimo to, wybraliśmy się na wycieczkę do Auchan, po kutreczkę dla tatunia, żelazko i parę innych drobiazgów do domku.

                 Po powrocie szalałam z rodzicami jak tylko. Powiedziałam nawet do taty coś co brzmiało jak: „buzi buzi” :). A wiczorkiem zadzwoniliśmy jeszcze do moich dziadków do Warszawy i do Babci Reni. Pochwaliłam im się, że w sklepiku dostałam pomarańczowy balonik :). Teraz leżę już z rodzicami i smacznie sobie lulam. Kolorowych snów!

 
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
11.11.2006 (sobota)

               Ciekawe czy ktoś zgadnie, kto mnie dzisiaj odwiedził? He he, cioci Monika przyjechała do nas z Kacperkiem z Jawora i przywiozła mi polarkową bluzeczkę i fajoską gumową lalę. Fajnie było się z nimi znowu zobaczyć. Mówię Wam, ale ten Kacper już jest duży!!! Pokazałam mu nasze włości, szkoda tylko, że pogoda nie dopisała i nie mogliśmy iść sobie razem na spacerek :(. Na szczęście chociaż rodziców udało mi się później na chwilkę wyciągnąć.

               Wieczorkiem zadzwoniliśmy do Babci Marysi ze spóźnionymi, aczkolwiek jak najbardziej szczerymi życzeniami urodzinowymi, a potem jeszcze do moich babć Uli i Reni, no do Babci Janki też :). To był normalnie dzień dzwonienia :). Dzwoniliśmy też do cioci Madzi, która jest niestety chwilowo w szpitalu, a już za ok. 1,5 miesiąca zostanie mamusią :). 

Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 

 
 
10.11.2006 (piątek)

              Znów obudziłam rodziców o 6.30 i zdecydowanie chciałam iść do tatunia. Mamunia była dla mnie teraz obojętna – może to dlatego, że tatko zaraz wychodził do pracy? Nie wiem.

Cały dzionek byłam troszkę marudna, ale tak troszkę tylko, bo w summie długo sobie pospałam. Najpierw 2,5 godzinki, a potem po obiadku i króciutkim szaleństwie jeszcze ok 2 :). Mamusia była nawet zadowolona, bo przynajmniej mogła się ze mną położyć, he he.

               Popołudnie spędziłam na wyczekiwaniu na tatusia. Nie mogłam się wprost doczekać jego powrotu i gdy tylko usłyszałam dzwonek domofonu, popędziłam mu otworzyć. Potem już tylko tata i tata. Wieczorkiem za to, wybraliśmy się na spacerek do Leclerc'a. Rodzice byli troszkę zawiedzeni, bo strasznie to daleko, dużo ludzi, a w zasadzie nic ciekawego. I do tego mi też się tam nie podobało. Dlatego też pewnie prędko się tam znowu nie pojawimy. Całe szczęście, że tramwaj tam był, który nas przywiózł do domku. A tu szybka kolacyjka i upragnione lulu :).


               Dziś urodzinki mojej prababci Marysi!!! Wszystkiego najlepszego Babuniu, żyj nam jak najdłużej!


 
Komentarzy: 0 (Komentarze)
 
 



  
:) - Igorek  

:) - Urwis  

:) - Zuzia i Maja  

:) - Gracjanek  

:) - Borysek  

koleżanka z uczelni :) - Kiara  

fajny sklepik internetowy - www.russell.pl  

z nim chadzam do kina :) - Kacperek  

to mój kumpel :D - Mateuszek  

mój kumpel :) - Maksio  

:) - Grześ  

:) - Zuza  

fajny smyk - Olafek  

moje ukochane bajeczki do słuchania :) - www.bajki-grajki.pl  



  
2009-05-08
Babci Reni nie ma już z nami :(

2007-06-21
skończyłam dwa latka!!!

2006-10-24
moja mamusia jest magistrem!!!

2006-10-21
Skończyłam 16 miesiąc i muszę przyznać, że jestem nieznośna - zupełnie nie słucham się mamusi

2006-10-09
mam już 9 ząbek!!!

2006-09-21
mam już 15 miesięcy - ładnie wołam na nocniczek, próbuję się ubierać, a rozbieranie opanowałam do perfekcji, nikt i nic nie jest w stanie mnie powstrzymać w drodze do celu :)

2006-08-21
Dziś skończyłam 14 miesiąc - jestem już dużą dziewczynką, a rodzice są dumnie z moich postępów

2006-07-21
dziś skończyłam 13 miesięcy i z tej okazji pierwszy raz wstałam sama niczego się nie trzymając, umiem już też szybciutko biegać i uciekać rodzicom, no i oczywiście psocić

2006-07-18
27 urodzinki tatunia!!!

2006-07-16
moje pierwsze siusiu do nocniczka!

2006-07-14
miałam lokatora, na środku lewego pośladka zagnieździł mi sie kleszczor :( brrr

2006-07-12
11/12.07 - moja pierwsza noc pod namiotem

2006-07-10
nareszcie się wybił mój 8 zębulec!

2006-06-30
miałam wypadek samochodowy :(

2006-06-13
mój pierwszy samodzielny kroczek!

2006-06-04
Dziś pierwszy raz weszłam sama na rodziców łożko :)

2006-05-28
umiem już pokazać gdzie misio ma oczka i gdzie ma nosek :) ale też umiem już bawić się bączkiem :D

2006-05-21
Mam już 11 miesięcy!!! Umiem klęka i przykucac, kilka sekund potrafię też sama stac na nóżkach bez trzymania, eozrabia jak pijany zając w kapuście, ale jestem też najkochańsza - lubię się przytula i dawa buziaki :)

2006-05-19
Dzisiaj pierwszy raz sama chwilkę stałam, i wiecie co jeszcze? Umiem otwierać szuflady!!!

2006-05-12
Dzisiaj pierwszy raz dałam mamuni buziaka! :*

2006-05-08
umiem już przybijać piatkę, chociaz tylko wtedy kiedy mam na to ochotę, i od jakiegoś już czasu daję cześć :)

2006-04-24
Mam już 7 ząbek! Mamcia go dziś dostrzegła, chociaż mówi, że on chyba już tu jest od wczoraj, bo taki duży :)

2006-04-10
6 ząbek wita Was!

2006-04-06
Dzisiaj udało mi się oswobodzić z mojego wózeczka!!!

2006-04-02
Mam już 5 zębów i umiem bić brawo :) - dziś pierwszy raz sama wstałam

2006-03-27
moje pierwsze tata

2006-03-24
Dziś pierwszy spacerek w spacerówce!

2006-03-21
mam już 9 miesięcy! zaczynam już chodzić jeśli ktoś trzyma mnie pod paszki :)

2006-03-19
Urodzinki mojego pradziadka

2006-03-18
mówię już mama!

2006-03-18
Właśnie powitałam mojego 4 zębulca :D

2006-03-13
mam już 3 zębule!

2006-03-08
Dziś pierwszy raz wstałam :)

2006-03-06
rodzice założyli mi blogusia!

2006-02-21
a ja mam już 8 miesięcy !!! Jestem najmłodszą studentką na mamy uczelni :)

2006-02-19
umiem pełzać do przodu !!!

2006-02-14
moja pierwsza ryżowa kaszka i to z normalnego kubka, skoro rodzice mogą tak pić to i ja mogę :D

2006-02-13
kolejna szczepionka WZWB, oj bolało :(

2006-02-06
Mam już drugi ząbek!!!

2006-02-04
wyjazd do babci Reni :), podróż pociągiem była długa i męcząca( 5 godzin w pełnym pociągu), ale byłam dzielna

2006-01-22
pierwszy w moim życiu Dzień Dziadka

2006-01-21
mam już 7 miesięcy- dzis pierwszy raz jadłam mięsko, a dokładniej indyka z warzywami, dziś też pierwszy w moim życiu Dzień Babci

2006-01-20
moje pierwsze brokuły- to zdecydowanie nie jest to co Tysiaki lubią najbardziej

2006-01-18
MOJ PIERWSZY ZĄBEK!

2006-01-16
pierwsza marchewka z ryżem

2006-01-14
mój pierwszy soczek jabłkowy, brrrr - ależ on jest kwaśny :)

2006-01-12
moje pierwsze spotanie z kubeczkiem

2006-01-11
pierwsza zupka z dyni

2006-01-05
moja pierwsza zupka jarzynowa - pychotka!

2006-01-02
kolejna szczepionka - tym razem 5 w 1, szczerze mówiąc nie bardzo mnie to ruszyło, ważę już 7050g

2005-12-24
MOJA PIERWSZA WIGILIA - dostałam całą masę prezentów i wszystkie je sama rozpakowałam

2005-12-21
mam pół roku! z tej okazji dostałam wielką pandę od znajomych taty

2005-12-20
dziś pierwszy raz wpakowałam sobie giczałkę do dzioba

2005-12-14
Dziś powiedziałam swoje pierwsze stanowcze "ma" :)

2005-12-12
pierwszy raz podźwignęlam sie do pozycji na czworakach

2005-12-06
dziś pierwszy raz w moim życiu Ksiądz przyszedł po Kolędzie

2005-11-27
Umiem już sama usiąść trzymana za rączki, nie lubię też kiedy mam mówi co nabroilam :)

2005-11-25
pierwszy raz zaśmiałam się głośno :D

2005-11-21
już mam 5 miesięcy - dziś spadł pierwszy w moim życiu śnieg :), mamusia wzięła go troszkę zza okna i pozwoliła mi go dotknąć - ależ on był zimny :)

2005-11-01
Znów jestem u Buni :)

2005-10-28
dziś pierwszy raz głośno się zaśmiałam

2005-10-27
umiem podnosić główkę jak mnie sadzają ! ! !

2005-10-21
mam cztery miesiące - dzwoniła Bunia ! ! ! A ja sięgam już po przedmioty i uczę sie nimi manipulować, ale najbardziej lubię jak mama robi mi kaczuchę :)

2005-09-21
dziś skończyłam już trzy miesiące! Byłam u pana dr który zaglądał mi do główki za pomocą USG, ale powiedział, że mam tam wszystko ładnie poukładane :). Z moimi bioderkami co prawda nie wszystko jest do konca jak powinno być, ale nie jest też bardzoi źle :

2005-09-21
wsadzam już wszystko do dziobka i potrafię się chwlkę sobą zająć (o ile w pobliżu jest mój zielony smok), długo gadać do siebie, a także opanowałam umiejętność przekręcania się na brzuszek i bardzo to lubię :)

2005-09-09
mamy w domciu szczeniaczki

2005-09-01
Jestem w Pile u Buni ! ! ! Pierwszą podróż pociągiem mam już za sobą, co to dla mnie :)

2005-08-22
oj dziś było kuj kuj i to bardzo bolało, bo to była szczepionka przeciw WZWB :(

2005-08-21
Mam już dwa miesiące i potrafię się ładnie śmiać. Lubię też się bawić grzechotką i umiem sobie zorganizować czas, hehe

2005-08-06
Babcia Renia przyjechała ! ! ! Strasznie się cieszę, że wreszcie mogę ją poznać. Na tę okoliczność nauczyłam się nawet mówić "Ge" i "Gu", potrafię też już wodzić wzrokiem za rodzicami :D

2005-07-21
Mam już miesiąc! i umiem powiedzieć A, E, U, Y i G i bardzo dużo się usmiecham, bo wiem, że moi rodzice to lubią

2005-07-04
znów jestem w domku ! ! !

2005-07-03
dziś pierwszy raz zostałam sama z moim kochanym tatusiem

2005-06-25
niestety znów trafiłam do szpitala :(

2005-06-23
mój pierwszy dzień w domku

2005-06-21
O godzinie 7.25 zdecydowałam się wyjść na ten świat! Mam 50 cm wzrostu i ważę 2930 g

2005-01-24
dziś pierwszy raz poruszyłam się u mamy w brzuszku :)

2004-12-02
moja pierwsza sesja fotograficzna - mam już całe 3 cm wzrostu :)

2004-10-31
rodzice dowiedzieli się, że jestem w drodze :)

2003-09-13
Moi rodzice wzięli ślub!

2003-03-21
Moi rodzice postanowili być razem



  
2009-08-20
ja jestem kobietą Kotku!- do dziadka

2007-10-03
gadam już jak najęta i nawet ciężko wypisać wszystko co mówię :). Mamusię najbardziej rozbraja moje - o Jeziu! Niestety potrafię też nieźle dokazywać, np. - mama,czy ty rozumiesz co ja mówię!?

2006-10-15
potrafię już powiedzieć foka, chociaż nie do końca tak to brzmi (mamcia nie umie tego zapisać zgodnie z moja wymową :) )

2006-10-10
nieoczekiwanie odkryłam dzisiaj dwa nowe słowa: nana = banan, jako = jabłko

2006-09-21
mówię już popa, kiedy chcę coś pokazać,kuka - na pytanie kto jest niegrzeczny,bu - tak robi krówka, ba - tak robi owieczka, mówię też zupka, i sama nie wiem co jeszcze

2006-08-21
mam 14 miesięcy i znam bardzo dużo słów:wołam kupka kiedy chcę na nocniczek, wiem, że kotek robi miał, umiem powiedzieć kółko, kurcze, kurde, kurka, halo, daj, chce, nie!, nie chce, mniam, cycuś,kuka - zegarek, nie ma, mamunia i wiele innych

2006-07-21
mam już 13 miesięcy i dydy nie oznacza dla mnie tylko cycunia, ale też całą mamusię, wiem, że piesek woła ał ał, że ptaszki robią ko ko, a jak się wywrócę to mówię ooooooooo. A wiecie co jeszcze? Umiem powiedzieć babcia :)

2006-06-19
ostatnio mówię ko ko ko - tak robi kurka! tedek = piesek, oraz ku ku - kiedy bawię się w a ku ku :) i kiedy zrobię kupkę,a i jeszcze wołam dy dy kiedy chcę cycunia :D

2006-05-19
dawno już w tym dziale nie pisałam a przeciez umiem już mówić mniam kiedy coś mi smakuje i am - kiedy mamunia za wolno mnie karmi. A kiedy czegoś bardzo chcę, to mówię poprostu daj :).

2006-04-24
umiem już mówić nie! A moje pierwsze zdanie to dziadzia opa :)

2006-03-28
papa powiedziałam dziś do taty jak wychodził :)

2006-03-27
mówię już tata!

2006-03-22
dziś po raz pierwszy powiedziałam dziadzia!

2006-03-20
dziś mój skromny słowniczek powiększył się o nie, jeje i brum!

2006-03-18
moje pierwsze mama :), do tej pory ograniczałam się do baba, brrrr i takich tam