|
Naszą stronę odwiedziło już 170927 gości. Dziękujemy.
Archiwum:
|
||||
- Antoszki | - Borysek | - Di | - Dziduszki | - Filemon | - Griszka | - Jasiek | - Kacper | - Kamil | - Krzyś | - Łukasz | - Maciek | - Margolcia | - Miłek | - Murkowo | - Olek | - OŁ | - Oskar | - Szymek | - Tysia | - Wariatkowo | - Wi | - Wojtek | - Zeszydło | - Zieloni | - Zuzka | |
||||
![]() |
||||
|
Noc świętomikołajska - 2011-12-06 20:14:00 Komentarzy: 6 Komentarze Strasznoty:) - 2011-11-17 12:42:00No dobrze, czas spokojniejszy nadchodzi... Dłuższe i ciemniejsze wieczory sprzyjające domowi i książkom, które ostatnimi czasy zaniedbaliśmy rodzinnie. Zaległości czytelnicze sięgają stosem pod sufit:). Zastanawiam się, czy i kiedy zdążę przeczytać to wszystko co w domowej bibliotece, w merlinowym koszyku i w planach świątecznych zakupów:) Zosia wypełnia popołudnia zajęciami dodatkowymi i zabawami ze szkolnymi koleżankami. W szkole spędza większą część dnia, więc podoba mi się ogromnie zwyczaj, że dzieci podczas przerw, po lekcjach i w trakcie lekcji plenerowych bawią się na dworzu. Nauczyciel ubiera się i wychodzi ze swoją gromadą:) Nie tylko, kiedy jest ciepło i słonecznie. Bardzo mnie to cieszy, bo Zosia, realizując dwa programy nauczania, w domu jest właściwie po południu. A wtedy za oknem i ciemno i chłodno... A skoro o ciemnościach mowa, z dwutygodniowym opóźnieniem postraszę Was halloweenową wampirzycą. Straszszszną! Przydała się ubiegłoroczna opaska z nietoperzami, tu i ówdzie podklejona:) W szkole, w halloweenowy piątek zgromadzenie wiedźm, czarownic, duchów i całej czeredy innych, mrocznych stworzeń magicznych bawiło się na dorocznym balu:) Ponoć dobrze się bawiło:) Schody szkolne rozświetlono dyniowym światłem. Naszą werandę również przyozdobiły dwie dynie, mniejsza przygotowana samodzielnie przez Zosię i większa, mojego autorstwa. Com się natrudziła przy jej krojeniu, to moje:) ![]() ![]() ![]() A w wieczór halloweenowy, razem z Zosią, w przebraniu wiedźmowo-wampirczym odwiedziłyśmy naszych nowych (już nie nowych, bo znanych i lubianych:) sąsiadów, by zwyczajem amerykańskim zażądać cukierka i postraszyć psikusem:) I oto ja, przeciwniczka komercji, wespół z córką i pierwszy raz w życiu, poddałam się urokowi halloweenowego wieczoru na modłę zachodnią... I w niczym nie przeszkodziło to, bym refleksyjnie, ciszej i z zadumą świętowała polskie dni zaduszne. Z mickiewiczowskimi “Dziadami” przed snem... Tyle na dziś. A może nie... Jeszcze okołoszkolny słowniczek i kilka rozmów z uczennicą:) Liczadło (miast liczydło). Mnie się nadal ogromnie podobają przeinaczenia i neologizmy Zośki. Ciągle się pojawiają, takie piękne czasem... Szkoda, że przestałam zapisywać, bo pogubiły się w pamięci, niestety... Zosię spotkała przykrość w szkole i wypłakiwała się swojej wychowawczyni. - Zosiu, ale może nie trzeba było skarżyć? - Mamo, ja nie skarżyłam! Ja opowiadałam o swojej krzywdzie! W trakcie przygotowanego dla nas, rodziców, przedstawienia Zosi o narodzinach Jezusa: - I wtedy Józef, zwany drwalem.... Nie drwalem? Stolarzem? - Cieślą, Zosiu, cieślą! Komentarzy: 7 Komentarze Pasowanie na ucznia - 2011-10-27 14:05:00W ubiegły piątek, 21 października, w szkole Zosi odbyła się uroczystość ślubowania i pasowania na ucznia. Galowo ubrane pierwszaki, lekko stremowane, ale bardzo dumne i przejęte, zaprezentowały nam, rodzicom, przygotowany wcześniej program artystyczny. Były wierszyki, piosenki śpiewane po polsku, angielsku i francusku; krótkie, sympatyczne przedstawienie z wróżką, zaklęciem, krainą wiedzy... Zosia, o dziwo, zupełnie bez tremy, za to ogromnie podekscytowana. Czymże? Kilka dni przed uroczystością, konspiracyjnym szeptem Zojka poinformowała mnie, że oprócz przedstawienia wystawianego przez dzieci, wszyscy zgromadzeni na sali rodzice odśpiewają hymn Polski. “Mamo, naprawdę, Wy też będziecie musieli wstać i śpiewać z nami.” Skąd w Niej ta ekscytacja? Hymn Zosia zna (słyszała go wielokrotnie w telewizji, śpiewała ze mną w domu), ale nigdy dotąd nie miała okazji wykonywać go w naprawdę uroczysty sposób. W galowym stroju, na stojąco, w harmonijnym unisono dziecięcych i nie tylko dziecięcych głosów. Ja też pamiętam takie hymny, śpiewane na szkolnych akademiach... Dla mojej córeczki- pierwszoklasistki był to pierwszy i wyjątkowy hymn państwowy. Wyjątkowe było także samo ślubowanie. Dzieci, z paluszkami podniesionymi do góry zgodnie powtarzały za panią dyrektor słowa przysięgi. Z wiarą, że uda się być zawsze dobrym kolegą i uczniem:) A potem każdy pierwszak został pasowany na ucznia. Otrzymał dyplom, zdjęcie, legitymację szkolną, piękną zakładkę jesienną w prezencie od trzecioklasistów i ołówki z lizakami od najstarszych uczniów. Wszystko przygotowano w najdrobniejszym szczególe, bardzo pięknie i wzruszająco. W tle, za dziećmi stojącymi na środku sali, slajdy z ich szkolnymi zdjęciami... Na stołach smakołyki przyniesione przez rodziców, które po ślubowaniu pałaszowały dzieci i dorośli:) ![]() ![]() ![]() Więc to już. Przygoda ze szkołą zaczęła się na dobre... Na najbliższe lata... Wiele lat. Pasowanie było tylko pierwszym, sympatycznym akcentem. Ślubowanie wzruszającym podjęciem pewnego zobowiązania... A tak naprawdę, jak ta szkolna przygoda będzie rozkwitać, w jakim kierunku zmierzać i dokąd zaprowadzi na koniec, pokaże czas... Postaram się wspierać Zosię (choć mam niedobre, ambicjonalne ciągoty). Mam też na szczęście cudownego męża, który pięknie mówi, że “chce mieć przeciętnie zdolne, ale szczęśliwe dziecko, które w przyszłości może być przeciętnie zdolnym, ale szczęśliwym człowiekiem” A ja? Dryfuję sfrustrowana pomiędzy “slow parenting” a “bojową pieśnią tygrysicy”, pomiędzy perfekcją a pobłażliwością, stresem a swobodą... Szukam nieustannie złotego środka. Bo przecież od dzieci trzeba wymagać, wdrażać je w obowiązki, uczyć, że sukces jest okupiony ciężką pracą (Zosia dostrzega to, kiedy po raz kolejny powtarza utworek na pianinie, a on po raz kolejny nie wychodzi tak dobrze, jak by chciała)... Ale trzeba też umieć odpuścić, pozwolić na błędy, na pomyłki, na poniesienie konsekwencji, na luz i swobodę wreszcie... Powtarzam sobie jak mantrę słowa Irka... “Chcę mieć przeciętnie zdolne, ale szczęśliwe dziecko”. Choć w głębi duszy chcę mieć i zdolne i szczęśliwe! Chyba nie macie wątpliwości, jaki rodzaj rodzicielstwa preferuje dziecko:) ![]() ![]() ![]() Komentarzy: 9 Komentarze Pierwszak w szkole... - 2011-09-30 22:11:00Dziś mija pierwszy, szkolny miesiąc Zosi. Piękny, słoneczny, ciepły, jeszcze prawdziwie letni, a jednocześnie jesiennie złocący wszystko za oknem wrześniowym światłem... Ach, jak lubię te pogodne, złote dni wczesnojesienne... Zosia zaaklimatyzowała się w szkole cudnie. A nie było początkowo łatwo. Dołączyła do grupy dzieci, które znały się z ubiegłego roku i które intensywnie uczyły się angielskiego w zerówce dwujęzycznej szkoły, do jakiej zapisaliśmy Zosię. Miała więc podwójnie trudno. Z obawą przyglądałam się Jej szkolnym wrażeniom, razem z Nią doświadczałam miliona nowości w relacjach z ludźmi i miliona emocji... Dziś mogę powiedzieć, że obydwie jesteśmy zadowolone. Zosia uwielbia swoją przemiłą, młodą i ciepłą wychowczynię (dla której rysuje ciągle nowe obrazki:) i przepada za zajęciami angielskiego z Mr Bradem, który od samego początku zrobił na mnie i na Niej piorunująco dobre wrażenie. Cudownie uśmiechnięty, radosny, sympatyczny młody człowiek z Kanady, na którego lekcjach nie wolno mówić po polsku (dzieci próbują jednak przemycać polskie nazwy ucząc pana Brada słów takich jak chrząszcz, szczoteczka czy Szczebrzeszyn!:))) Co jeszcze? Zośka, jak było to do przewidzenia próbuje godzić swe skrajnie różne cechy osobowości:) Obowiązkowa jest i zapominalska od czasu do czasu:) Zdarza się Jej zapomnieć piórnika lub dzienniczka ze szkoły... Małe problemy urastają wtedy do rangi naprawdę wielkich. Rozpacz bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, rozsądkiem dorosłego człowieka, przyznaję. Opracowujemy razem szczegółowy plan potencjalnych rozwiązań/ poszukiwań/ odpowiedzi na dręczące małą główkę pytania... “A co będzie, jeśli piórnika/dzienniczka nie znajdę albo nie będzie leżał tam, gdzie go zostawiłam... ?” No cóż, przypominam sobie swoje szkolne problemy. I to, jaki kiedyś miały one dla mnie wymiar. Były przerażająco ogromne, choć dziś wydają się bez znaczenia, całkiem nieistotne... Ale wtedy ciążyły solidnie. Dziś podobne “kłopociki” ciążą Zosi, która przejmuje się jeszcze bardzo całą tą okołoszkolną organizacją...:) Tak sobie wracam do książek przeczytanych podczas wakacji z Zosią. Do "Piotrusia pierwszaka" M. Buczkówny, do "Stokrotki"- pierwszoklasistki, do Zuźki Zołzik, do "Korniszonka"- urwisa (z) pierwszej klasy... A jeszcze do "Braci Lwie Serce", do "Chłopca, który szukał do domu", do Zuzanny z "Jednorożca"... Ileż w tych dzieciach mojej Zosi. Ileż Ona ma w sobie cech wszystkich tych literackich dzieci:) Wracając do meritum... Od połowy września zaczęły się zajęcia dodatkowe. W tym semestrze nie szalejemy. Zosia chodzi na tańce, kółko muzyczne i pianino. Ma i tak wystarczająco dużo zajęć szkolnych... A poza tym... Wszystko zaczyna pomału funkcjonować dobrym, stałym rytmem. Nie uwierzycie, ale uwielbiam poranki o bardzo wczesnej, 6-ej godzinie. Jeszcze uwielbiam:) Być może zmienię zdanie gdy nastaną egipskie ciemności po otwarciu oczu...:) Na razie jednak rozkoszuję się bladoróżowym niebem o świcie, spokojem i kłującą w uszy ciszą (gdy dzieci i mąż śpią jeszcze), chwilą tylko dla siebie, czasem na zaplanowanie reszty dnia... Prysznic, błyszczyk, chmurka pudru na policzkach, poranna kawa z mlekiem, rześkie powietrze w drodze do sklepu po sitkowy chlebek, śniadanie dla rodziny... Nauczyłam się tym cieszyć. Zdecydowanie nie lubię wybiegać z domu w pośpiechu... Choć zdarza mi się, gwoli ścisłości:) Wielu rzeczy nie piszemy o sobie, prawda? Wielu rzeczy o sobie nie wiemy. Zosiu, być może kiedyś przeczytasz... Lubię poranki! Wszystkie! Wakacyjno- leniwe, w piżamach do południa i szkolno- rutyniarskie:) Poranki. Są obietnicą dnia:) Spróbuję na nowo zmobilizować się do pisania... Choć nie sądzę, by wróciły systematyczne notki... Blog będzie raczej luźnym zbiorkiem bezładnych chronologicznie wspomnień:) Tyle jeszcze czeka na pamiętnik. Ot, choćby letnie spacery po Warszawie, sprzedawanie kawałków historii Zośce... Cierpliwości... ![]() ![]() Komentarzy: 6 Komentarze Wakacje za nami... - 2011-08-31 22:48:00Chyba jeszcze nie zdarzyła mi się tak długa przerwa w relacjach i blogowaniu.... Nie wiem, czy będę potrafiła nadrobić wszystkie, dwumiesięczne zaległości.... Przeprowadzka, rozpakowywanie, nowe znajomości, wizyty, wakacje Zosi w Chorwacji, ciasteczka w ilościach hurtowych pieczone dla gości, spacery po starej i nowej Warszawie, nasz dom, pokój Zojki romantyczny, bullerbynowe przyjaźnie:) Matko, jak mam to wszystko opisać? Nie wiem... Więc na przekór, dziś nie napiszę już nic.... Pożegnam tylko z Zosią wakacje... Z Zosią - uczennicą pierwszej klasy. Podskakującą z radości, niecierpliwą i podekscytowaną jutrzejszym spotkaniem ze szkołą:) ![]() ![]() Komentarzy: 10 Komentarze Pożegnanie z Łodzią... - 2011-07-03 21:04:00W naszym domu to ja pielęgnuję wspomnienia i zapamiętuję to, co minione... Irek patrzy tylko w przyszłość, uczy mnie, że najważniejsze jest to, co przed nami.... Nie pozwala odwracać się do tyłu, zadręczać wątpliwościami, czy coś zrobiliśmy dobrze, czy źle... “Tęcza jest zawsze przed Tobą”, mówi... Mój mąż. Najlepszy człowiek, jakiego mogłam spotkać. Także teraz, w chwilach totalnej plątaniny uczuć i karuzeli wydarzeń, spokojnie odwraca mą twarz od tego, co tu, kierując mój wzrok do tego, co tam, w przyszłości... I choć oboje lubimy wspominać dobre chwile naszego życia, to ja spoglądam częściej za siebie, Irek prze do przodu... Ja zawsze jestem krok z tyłu, a On krok przede mną... A mimo to, cały czas za rękę. Ja z Nim, On ze mną... Tyle się zmienia w naszym życiu, po raz kolejny... Tyle planów mamy przed sobą, o których tutaj, na razie pisać nie będę... Kończymy jakiś rozdział i zaczynamy nowy, inny, lepszy? Żegnamy się z domem, spotkanymi tu ludźmi, z Łodzią, gdzie się urodziłam i gdzie mieszkałam długie xx-eści lat:) Głupia, sentymentalna dziewczyna, którą wciąż jestem w głębi duszy... A która dziś, dzięki Irkowi, nie boi się zmian i tego, co ma przynieść nam nowe... Pełna nadziei :) I wiary, że mnie, Irkowi i naszym dzieciom będzie dobrze... Wiem, że będzie!
Od pewnego czasu, po naszej parafii, od domu do domu “wędruje” obraz Matki Bożej... Kiedy nawiedził kościół w ubiegłym roku, razem z Zosią byliśmy na wieczornej mszy świętej (na którą Irek przyjechał specjalnie z Warszawy)... Był także na nocnym (krótkim) czuwaniu.... Wysłuchał wtedy czytania.... Zrobiło na Nim ogromne wrażenie. Wiedzieliśmy już wtedy, że czekają nas zmiany... A w czytaniu był fragment o namiocie. Namiocie, jaki staje wszędzie tam, gdzie są ludzie, kościół, modlitwa. Namiot, dom, zawsze tam, gdzie rodzina...
Nasz namiot stanie już jutro w nowym miejscu... Stanie tam, gdzie zaprowadziła nas w listopadowy dzień minionego roku najprawdziwsza tęcza... Tęcza, prowadząca samochód w stronę domu, którego już od dłuższego czasu szukaliśmy...
A obraz Matki Bożej pięknie pożegnał nasz dom obecny i naszą rodzinę... Zdążyliśmy go przyjąć i ugościć..... Pachnącymi peoniami, różami spod okna i modlitwą, swoją przed cudownym obrazem obecnością... Całą rodziną, z Zosią i z Jasiem, na kolanach, wspólnie powtarzaliśmy frazy codziennego pacierza... I choć Jasiek rozkrzyczał się przy Litanii Loretańskiej (bo przecież na co dzień zna tylko “pacierzowe modlitwy”:), to zapamiętam tę chwilę naszej rodziny przed obliczem Matki Bożej, takiej pięknej i prostej... Zosia śpiewała ze mną pieśni, które pamiętałam jeszcze z katechez wczesnoszkolnych. Jak bardzo ich słowa tkwiły we mnie....
“Była cicha i piękna jak wiosna, żyła prosto, zwyczajnie jak my... Ona Boga na świat nam przyniosła i na ziemi, wśród łez, nowe dni zajaśniały..."
To moje pożegnanie z Łodzią i Konstantynowem, prawdziwe pożegnanie dla mnie... A dla Was mam Łódź bajkową i Łódź z ulicy Piotrkowskiej. I swoje dzieci w Łodzi... ![]() ![]() ![]() ![]() Wrześniowe spacery... Moje, Jasia i Jego nauczycielki... ![]() ![]() Oni na siebie zerkają:) ![]() Deszczowa piosenka dla mojego synka... ![]() ![]() Do zobaczenia... Chyba tu wrócę, za pewien czas :) Komentarzy: 16 Komentarze Urodzinowa impreza Zosi:) - 2011-06-30 9:22:00Ostatnią (mocno już zaległą) notkę zapisuję na blogu ku pamięci. Ostatnią zaległą, chociaż następna też ostatnią w jakimś sensie będzie.... :)
Zgodnie z obietnicą daną sobie (pomimo permanentnego niedoczasu ostatnio) zapamiętuję imprezę urodzinową Zosi (z końca maja). Impreza to była niezwykła, z co najmniej kilku równie ważnych powodów. Huczna, gwarna, kolorowa, radosna, z liczną gromadą przedszkolaków w ogrodzie, jeszcze w obecnym miejscu zamieszkania, idealnie wpisana w pogodowe niespodzianki (nieziemski upał dzień wcześniej, deszcz ulewny wieczorem i burza z piorunami w nocy). Impreza niezwykła także dlatego, że z teatrem w tle. A właściwie z teatrem w pierwszym planie:) Teatr “MER” rozgościł się w naszym ogrodzie... Nie byle jaki teatr. Zosia już od samego rana mogła podglądać go “od kuchni”, “pomagając” w rozstawianiu stelaży, zawieszaniu kurtyn, ustawianiu nagłośnienia... I zabawiając swoim nieustannym szczebiotem (z dyskusją o hodowaniu żab z jedną z aktorek:) Wszystko było prawdziwe, na wyciągnięcie ręki, teatr, jakiego nigdy właściwie nie ogląda się z tak bliska, także dosłownie, bo krzesełka dla publiczności ustawiono tuż przy scenie... Prawdziwi aktorzy, cudowne barwne kukiełki, kilkanaście piosenek.... Wszystko to (niespodziewanie zresztą) pięknie utonęło w zieleni ogrodu (idealnie wkomponowując się w otoczenie i łącząc różne odcienie wiosny w przyrodzie, sercu, na torcie i ubraniach, zielonych, a jakże:)
Plenerowy spektakl “Jacek i Placek” cudowny. Kolorowy, rozśpiewany, pełen przygód, z narastającym napięciem i piękną, mądrą, acz humorystyczną historią dwojga chłopców, którym nudzi się codzienność. Przedszkolaki zapatrzone... w większości i w teatr:) Znalazło się wszakże dwóch takich (jak Jacek i Placek:), co wolało po swojemu zagospodarować czas imprezy i w piłkę pograć na tyłach ogrodu:)
Po przedstawieniu pan Marcin (jeden z aktorów) zaprosił przed scenę onieśmieloną tym Zosię. Dzieci odśpiewały mej córce “Sto lat”, ja podałam tort, na którym zapłonęła urodzinowa świeczka. Pierwszy taki ognik płonął kilka tygodni wcześniej, na torcie zrobionym przeze mnie dla rodziny.... Drugi igrał teraz na okrągłym, eleganckim cieście z naszej ulubionej cukierni... A Zosia... zamarzyła coś po cichutku i zdmuchnęła płomyk urodzinowej świecy.
I wtedy w domu zapanował chaos. Rozdzielanie tortu, szybkie ozdabianie galaretek bitą śmietaną, opanowanie kilkanaściorga dzieci, częstowanie dobrociami.... Na stole (wedle mojego zamierzenia) miało być zdrowo i kolorowo. Upiekłam dzień wcześniej mnóstwo ciasteczek ryżowych z brązowym cukrem, stół ozdabiały kolorowe herbatki w dzbankach i przenikające się barwy galaretek w szklaneczkach... Chyba zadowoliłam gusta małych łakomczuchów, choć co poniektórzy dopytywali o chipsy:)))
Po poczęstunku w domu (nad domem nie można już było zapanować, a raczej nad pędzącą po nim zgrają, która okupowała pokój Zosi, zaciekawiona zaglądała do Jasia, dziwowała się chłopcu siedzącemu przy muzyce i do ogrodu wynosiła najlepsze (czyt. największe) okazy piłek rehabilitacyjnych Jaśka:)
Czas był najwyższy, by w ogrodzie rozpoczęły się (pod okiem aktorów- animatorów) zabawy wszelakie. Przeciąganie liny, karmienie jabłkami na sznurkach, wyścigi mumii, “żywe rzeźby” odgrywane na przemian przez dzieci i dorosłych... Fajnie było... i wesoło. Dobrze bawili się wszyscy. Także rodzice, którzy zostali...
Warto było na koniec, uczcić urodziny Zosi w taki właśnie sposób. Pewnie nie powtórzymy tego już nigdy więcej, więc tym bardziej cieszę się, że mogliśmy choć raz zaproponować coś innego, coś magicznego. Z moim ukochanym teatrem w roli głównej:) Teatrem w ogrodzie Zosi... I choć Zosia zapytana, czy woli teatr czy kino odpowiada ostatnio, że zdecydowanie kino, ja wiem, że przedstawienia kukiełkowe gdzieś w Niej zostaną. Nawet, jeśli po latach nie będzie o nich pamiętać. Jak ponoć ja nie pamiętam swoich wypraw do teatru z mamą:)
A resztę opowiedzą, mam nadzieję, zdjęcia... Więcej w galerii. Komentarzy: 6 Komentarze Czas przedszkolnych pożegnań... :) - 2011-06-22 18:27:00Miało być chronologicznie. Ale nie będzie. Impreza urodzinowa Zosi poczeka, a dziś pożegnamy się z przedszkolem. To będzie takie prawdziwe pożegnanie... z dziećmi, z wychowawcami, z salą Smerfów, ze ślimakiem Akuku z przedszkolnego logo (który u nas w domu zamieszka w pewnym zegarze, o czym za chwilkę:). Ostatni raz zaprowadziłam dziś Zosię do przedszkola, ostatni raz po Nią tam pojechałam. Ostatni raz zmieniła butki w kolorowej szatni. Ostatni raz uściskała panią Anię i pana Konrada, na pożegnanie... Ostatni raz pomachała rączką dzieciom wyglądającym przez okno, pohuśtała się na huśtawce na uwielbianym, choć maleńkim placu zabaw.
Trzy lata minęły tak szybko. A czas pędzi nadal, ucieka, ucieka... Więc chociaż tu, na chwilę go zatrzymam, pochwycę, zapamiętam. Te dzisiejsze uściski, przytulańce, uśmiechy, zaszklone oczy, życzenia pomyślności. Dla nas i dla Tych, którzy towarzyszyli nam przez te ostatnie trzy lata. Mnie, ale przede wszystkim Zosi. W Jej oswajaniu z przedszkolem, w Jej sukcesach na miarę przedszkolnych konkursów, w zwycięstwach i porażkach, w społecznym rozkwitaniu, dojrzewaniu do przedszkola i przedszkolnych przyjaźni.
Początki nie były łatwe. Zosia wymiotowała (pewnie dziś mało kto o tym pamięta), popłakiwała, długo adaptowała się do codziennego obowiązku porannych pobudek i wyjść z domu... Niby rezolutna, lubiana, fajna, a jednak w głębi bardzo zagubiona beze mnie i Irka... Dziś to inna dziewczynka. Ciągle pełna skrajności: przebojowa, silna, odważna i bojowa, a jednocześnie krucha, wrażliwa, skupiona. Oswoiła przedszkole dla siebie, w cudnej grupie naprawdę zgranych dzieci. Takich, które witały się od progu z radością, czekając na siebie niecierpliwie, wzajemnie zapraszając na urodziny.
Oficjalne zakończenie zerówki odbyło się wcześniej, po naszym przedstawieniu dla dzieci, 31 maja, na pikniku rodzinnym w Ogrodzie Botanicznym. Było ognisko, grill, pieczone na patykach kiełbaski. Słońce, pogoda, a przede wszystkim ludzie. Bardzo sympatyczni i zżyci ze sobą. Zerówkowicze otrzymali dyplomy ukończenia przedszkola, wyprawki szkolne i książki o ziemi, idealnie trafione w zainteresowania sześcio- i siedmiolatków. Zośkę fascynują dziś wulkany, płyty tektoniczne, trzesięnia ziemi, burze, chmury i zjawiska pogodowe... Książki idealnie wkomponowały się w to, czego dzieci chcą dziś słuchać... Zresztą, chyba mogę to napisać, przedszkolne prezenty zawsze były wyjątkowo przemyślane i estetyczne. Ooo, na przykład skarbonki do własnoręcznego malowania przez dzieci... Albo książeczki z lalkami, szablonami i materiałami do projektowania strojów... No dobrze, wracając jednak do pikniku... My, rodzice wręczyliśmy wychowawcom, pani Ani i panu Konradowi, między innymi kubki ze zdjęciami naszych dzieci. Oczy się szkliły, wszystkim bez wyjątku. Coś ściskało serce, coś się kończyło już wtedy.... Dziś zakończyło się definitywnie... Ale, jak to mówią mędrcy, coś się kończy, by mogło zacząć się coś nowego... W tym nowym, będzie nam towarzyszył pewien obraz, specjalnie dla nas namalowany. Nie pokażę go Wam, bo jest już w nowym miejscu, a zdjęcia nie zrobiłam. Ale opowiem o nim. Dostał go Irek... Zdumiona do granic możliwości, usłyszałam na pikniku od właścicielek przedszkola, że Irek był pierwszym rodzicem, który pojawił się na rozmowie wstępnej, zanim jeszcze przedszkole otrzymało status placówki przyznawany przez ME. Obydwie panie zapamiętały Irka, także Jego strój podczas tamtej rozmowy sprzed trzech lat, Zosia została zapisana do nowo powstałego przedszkola jako pierwsza i jest jego pierwszą adeptką:) Obraz powstał specjalnie dla Nas... Na obrazie jest stary zegar (kocham stare zegary, ktoś wie?:) ze wskazówkami pokrytymi patyną, a z okienka zegara wychyla się.... nie, nie kukułka.... ślimaczek Akuku. Kawałek przedszkola zamieszka z nami w nowym domu... Wzruszający kawałek:)
Ale żeby nie było tak ckliwie na koniec, to napiszę jeszcze, że życie już za chwileczkę wywróci się nam o 360 stopni... Będziemy w nowym mieście, nowym domu, z nową pracą i szkołami dzieci. Ja także z nową fryzurą... krótką, lekką, roztrzepaną:) Odmłodniałam:)
Komentarzy: 7 Komentarze Przedszkolne wzruszenia... przedszkolna scena... - 2011-06-15 0:30:00Teatr zdominował minione, majowe tygodnie. Teatr małych i dużych, teatr dla małych i dla dużych. Nie tylko my- rodzice występowaliśmy na scenie. Przedszkolaki także niespodziankę przygotowały i zaprosiły na aż dwa przedstawienia z okazji Dnia Mamy. “Bajka o Czerwonych Kapturkach” była efektem pracy całorocznych warsztatów teatralnych, w których uczestniczyły dzieci z grupy Zosi. “Królewna Śnieżka” przygotowana została (jak zwykle perfekcyjnie) przez panią Anię i pana Konrada.
Dwie bajki, dwie odsłony, dwie twarze Zosi. Skrajności, które codziennie ścierają się ze sobą w nieustannych potyczkach tożsamości Tej mojej dziewczynki- niespodzianki. Dwie bajki i Zosia. I delikatna, subtelna, efemeryczna... w srebrnych włoskach, srebrnych baletkach i w sukience z kryształkami luster, w których przegląda się zła królowa z bajki o Śnieżce.
Do roli wilka Zośka stworzona została:) Bez tremy, z igrającym w kącikach ust uśmiechem, wjechała na scenę wyimaginowanym motocyklem, do dźwięków ciężkiej, hardrockowej muzyki:) Luzak w wilczej skórze:) A kiedy pierwsze słowa podłego zwierza skierowane zostały do polskiego Czerwonego Kapturka (był jeszcze Rotkapchen i Little Red Riding Hood from England:), publika śmiechem skwitowała “sceniczny widoczek”. Bo wilk z nutką sarkazmu i arcy podstępnie odezwał się do dziewczynki w krasnej czapeczce... W dodatku chodził wokół Niej, a Ona wokół niego:)
Stop, dziewczynko mała... Tak wędrujesz sama? Nie nudno Ci czasem? Ja Ci będę towarzyszył w drodze.
Cała bajka taka troszkę na opak, poplątana i pokręcona:) Wilkiem (w czarnej skórze)- dziewczynka, babcią- chłopiec (Leon, nieodrodny syn swego ojca, co królem był w naszej, dorosłej “Śpiącej królewnie”). Czerwonych Kapturków pod dostatkiem na przedszkolnej scenie. Oprócz Patrycji w pelerynce, Jasiek z gitarą i z Beatlesami w podkładzie, rodem z brytyjskiej sceny muzycznej... i Szymek, z falbaniastym kołnierzem i w tyrolskim kapelusiku z piórkiem, prosto z niemieckiego landu:) Lightowa bajka, prześmieszna, acz z morałem... Zosia jako wilk, zdezorientowana zalewem obcobrzmiącej mowy, na koniec wygłasza sentencjonalnie...
“Mam dość kościstych, suchych, twardych dań. I jadł nie będę żadnych starszych pań. Od dziś poznawać chcę obce kraje, nowe języki, nowe zwyczaje.
Nie chcę być idiotą, będę poliglotą!”
Czego Ci życzę córeńko najgoręcej:)))
I jeszcze jedna bajka dla nas, rodziców... Zosia, tym razem jako lusterko... Delikatna, połyskująca zza zajączków i krasnali srebrzystą peruką sylwestrową, z ramą lustra oplecioną folią aluminiową i z doklejanymi bożonarodzeniowymi gwiazdkami:) Bajka przygotowana perfekcyjnie, wdzięczna, roztańczona, z kapitalnym tańcem zajączków i fantastycznym charlestonem w wykonaniu wszystkich dzieci z grupy Smerfów (jak uda mi się zgrać filmik, to pokażę:) Wszystko w tej bajce było dopięte na ostatni guzik. Dopracowane i przemyślane, a przy tym kolorowe, barwne, dynamiczne i zachwycające! Mnie urzekło. Wiem, że nie tylko mnie...
I tylko maleńki niedosyt pozostał. I spostrzeżenie... Zosia chyba ogromnie przeżywa udział w takich przedszkolnych uroczystościach. Jakoś tak bardzo skupiona na powierzonym zadaniu, nie pozwala sobie na spontaniczną, wszechogarniającą radość i swobodę... Jedyne czego mi w tej drugiej, przedszkolnej bajce zabrakło, to uśmiechu od ucha do ucha mojej córki:) No chyba, że przesadzam:) W końcu jakieś uśmiechnięte zdjęcia znalazłam:)
Za to po przedstawieniu, promienna Zosianna, wręczyla mi cudny prezent (o którym nawet słowem się nie zająknęła wcześniej, kwitując: ”Jak niespodzianka to niespodzianka, mamo”:) Dziękuję, córeńko!
P.S. Dwie bajki, dwie odsłony, dwie twarze i dwie wersje Zosi. Która z nich podoba się Wam bardziej? Ta w glanach, czy ta w baletkach?:)))
Komentarzy: 6 Komentarze Rodzice dzieciom:) - 2011-06-03 14:34:00Ostatnie tygodnie maja obfitowały w szereg naprawdę zwariowanych imprez, spotkań, pomysłów realizowanych z rozmachem i na wielką skalę. Istne pandemonium wybuchło z końcem miesiąca, a ostatnie majowe dni przyniosły ciąg spektakularnych wydarzeń, przedstawień teatralnych i uroczystości, w których bardzo aktywnie brałyśmy udział z Zosią. Szalone tempo, niesłabnąca na moment energia dzieci i dorosłych, brak wytchnienia i odpoczynku, adrenalina, adrenalina... Pozytywne zakręcenie, które z początkiem czerwca okrzepło, zwolniło i przyniosło więcej spokoju i czasu na uporządkowanie wszystkiego i podsumowanie (choćby tu, w blogosferze:) Będzie kilka ważnych notek:) Żeby nie zapomnieć o niczym, powinnam w swoich zapiskach zachować jakąś chronologiczną ciągłość. A zacznę prawie od końca...:) Od Dnia Dziecka, który na deskach Teatru Małego w Manufakturze, 31 maja rozśpiewał się bajką dla przedszkolaków! Po raz kolejny teatr zagościł w serduszkach dzieci. Wyjątkowy, bo przygotowany przez grupę wytrwałych aktorów-amatorów. Przez grupę fantastycznych, zaangażowanych i świetnie dogadujących się ze sobą rodziców (trzeci rok z rzędu). “Śpiąca królewna” wyreżyserowana została przez nieocenioną panią Anię (wychowawczynię Zosi, reżysera i scenografa przedszkolnego). Taneczne próby do muzyki z filmu “Mamma Mia”, które na pierwszych spotkaniach przyprawiały o ból głowy (ze swoją skomplikowaną choreografią ułożoną przez Julkę- córkę pani Ani) pod koniec zaczęły wychodzić, jak to się fachowo określa: “w punkt i synchronicznie” :))) Ku zadziwieniu i radości nas wszystkich. Sama bajka... Cudna! Ze śpiewającą delikatnym głosem królową, podskakującym i huczącym królem, heroldem i kucharzem z głosami jak dzwony, przebojowym królewiczem, zwiewną- ziewającą królewną, przygłuchą staruszką (co orędzia królewskiego nie słucha, bo głucha:), eterycznymi i barwnymi wróżkami (z których dwie- blondynki wytrawne, hello:) i ze stadem strasznych żab- moją gwardią przyboczną. Moją... bo ja w tym roku wiedźmą złą na scenie byłam! I ponoć dzieci, co poniektóre, nieźle wystraszyłam:) Jakem czarownica...:) Ale nie wszystkie dzieci się bały:) Taka na przykład Zuzanka z blond warkoczami, subtelniutka i cichutka na co dzień... z błyszczącymi oczami chłonęła mą postać na scenicznych deskach. Widziałam w jej oczach TAKI zachwyt, że serce rosło, śmiech wiedźmowy wzbudzał podziw, a migocząca peleryna ekscytację. Po przedstawieniu, co najmniej kilkanaście razy Zuzia przytuliła się do mnie i obdarowała komplementem: “Byłaś najlepszą czarownicą, ciociu!” Pokolenie fanów mi rośnie:))) Kostiumy, jak co roku (od trzech lat) piękne! Taki na przykład król (w rękach fach ma, bo sam szyje:) wyglądał iście po królewsku z berłem przerobionym z części odkurzacza:), królowa w czerwonym płaszczu z białą etolą, ochmistrzyni w peruce jak z czasów Marii Antoniny, żaby z oczami z pingpongowych piłeczek i z czerwonymi, rozwijanymi jęzorami:) Zwiewne wróżki, z motylami na sukienkach... Wreszcie ja- czarownica w kapeluszu z piórami i pająkami! Tak, tak, w którymś momencie prawie zawału dostałam, gdy zapominając, że to sztuczne stworzenia doczepione do woalki, zobaczyłam przy swojej twarzy jednego takiego z odnóżami! I strzepnąć go chciałam przerażona:) I śpiewałam!!! Ooo, taką oto mroczną piosenkę:) “Leśna głusza mym królestwem, lubię mgłą osnutą ciemność. Przyjaciółmi są mi węże, jestem wiedźmą... Znam zaklęcia tajemnicze, eliksiry mieszam z werwą. Z nikim nigdy się nie liczę, jestem wiedźmą... Śmieją się, że to przesądy, że mnie nie ma, lecz na pewno, spotkasz mnie, gdy w lesie zbłądzisz, jestem wiedźmą...” A do tego iście szatański śmiech:) Ponoć udało mi się odnaleźć bardzo ciemną, demoniczną i wredną stronę mej (drugiej?:) natury! A tę uwieczniła telewizja i w Łódzkich Wiadomościach Dnia pokazała światu:) No dobrze, wspomnę jeszcze tylko, że w życiowej roli wystąpiła na scenie moja (właściwie to już mojej córki) duża lalka- bobas, która ma tyle lat co ja. I po raz pierwszy, ubrana w ubranko od chrztu Zosi, zadebiutowała w roli słodkiego niemowlęcia- królewny, na którą rzucam zły czar! A niech to:) Szkoda, że to koniec. Koniec fajnych, wesołych spotkań w trakcie intensywnych ostatnio prób do przedstawienia. Ale i koniec przedszkola za chwilę. Już niedługo pożegnanie z ludźmi, w którymi ja i moja córka bardzo się przez minione trzy lata zżyłyśmy. Żal nam... Ogromnie. Fotki za chwilę:) ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Komentarzy: 4 Komentarze Archiwum: 2006: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2007: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2008: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2009: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2010: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2011: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień |
![]() 2004-04-30 o godz 21.50 Zosia głośnym krzykiem oznajmia swoje narodziny
|
|||
Moją stronę odwiedziło 170927 gości. |
||||
![]() |
||||