|
Naszą stronę odwiedziło już 130036 gości. Dziękujemy.
Archiwum:
|
||||
- Antoszki | - Borysek | - Di | - Dziduszki | - Filemon | - Griszka | - Jasiek | - Kacper | - Kamil | - Krzyś | - Łukasz | - Maciek | - Margolcia | - Miłek | - Murkowo | - Olek | - OŁ | - Oskar | - Szymek | - Tysia | - Wariatkowo | - Wi | - Wojtek | - Zeszydło | - Zieloni | - Zuzka | |
||||
![]() |
||||
|
Kolorowe pożegnanie wakacji:) - 2010-09-02 12:32:00 Komentarzy: 7 Komentarze Ostatnie wakacyjne dni.... - 2010-08-27 9:08:00Ostatnie wakacyjne dni... Światło niepostrzeżenie jesiennie prześwieca przez okno kuchni. Jest bardziej miękkie, rozproszone, złote. A ja... Chciałabym zatrzymać na dłużej letnie upały i wieczory z cykającymi świerszczami, chciałabym zatrzymać swobodę cieniutkich tunik i książek porozkładanych w każdym kącie pokoju (moich, Agi i Zosi, choć Ta ostatnia bardziej wrogo do lektur nastawiona niż kiedyś:) Irek prognozuje żartem, że swoim uporem w sprawie codziennego czytania sprawię, że Zosia ucieknie od książek... Staram się więc nie nalegać. Czytam to, co Zosia wybiera (“Karolcię” ostatnio) i wtedy, gdy sama się garnie do chwil z książką (sprawdza się ogrodowa huśtawka leniwym, wczesnym popołudniem)... Malujemy farbami (nie tylko kartony i nie tylko pędzlem:), urządzamy wystawy (wzorem innej smykowej mamy:), urozmaicamy sobie czas wyprawami do zoo i do kina. Barwna, malowana kolorem fotorelacja niebawem na blogu, tymczasem.... U Elwiry przeczytałam niedawno notkę o piękniejącym ogrodzie zoologicznym we Wroclawiu. Nie wiem jak wygląda wrocławski ogród zoologiczny, ale naszemu, łódzkiemu wiele jeszcze brakuje do bycia pięknym. Nawet te kilka atrakcji, choćby karmienie kóz i koziołków, gąsek, królików i owieczek, niezmiernie cieszące młodszą część odwiedzających gości; nawet słonica Magda, od lat największa (nomen omen) samica łódzkiego zoo (nieskrępowana obecnością ludzi i rozweselająca taneczną trąbą w wiecznym ruchu); nawet bajecznie kolorowe ptaki... to wszystko nie jest w stanie przyćmić niewielkich klatek dla “dzikich” (paradoksalnie to brzmi) kotów, szarych betonowych wybiegów z brudną fosą dla niedźwiedzi... Przeczytałam gdzieś ile przestrzeni powinny mieć takie zwierzęta, ile kilometrów pokonują dziennie misie w poszukiwaniu pożywienia w lesie. A w zoo, nawet jeśli urodzone w niewoli, nie mają zapewnionych godziwych warunków. Zosia przechodząc obok kilku kolejnych wybiegów skomentowała: Wiesz mamo, te zwierzęta są chyba smutne. Nie powinno się ich łapać i wsadzać do klatek! One wolą żyć na wolności. Sic! ![]() Miś w rozpaczy? ![]() Łódzkie zoo będzie remontowane. Nie wiadomo jeszcze, czy powięszy swój teren o okoliczny park (?), czy przeniesie się w całości w inne, większe miejsce na Brusie... prowadzone są na ten temat rozmowy. Tak czy inaczej, mam tylko nadzieję, że fundusze na remont zostaną wykorzystane najlepiej jak to możliwe, nie tylko dla odwiedzających, ale przede wszystkim dla zwierząt! Co jeszcze? Odnotuję pierwsze, leczone i borowane ząbki Zosi. Nasze wcześniejsze wizyty u stomatologa ograniczały się do rutynowych kontroli i fluoryzacji. Teraz, gdy Zosia ma już stałe szóstki umówiłam się na ich lakowanie (by zabezpieczyć nowe ząbki przed próchnicą). I pani doktor odkryła dwie (niemałe!) dziurki w czwórce i piątce. Zosia nawet nie pisnęła podczas borowania. Z zaciekawieniem dopytywała o zastosowanie dentystycznych narzędzi, o szkody, jakie bakterie mogą wyrządzić zębom... Wyszła z naklejkami dzielnego pacjenta, różową plombą i lekarstwem w drugim ząbku (z głębszą dziurką). A ja z refleksjami i pytaniami o naturę odwagi mego dziecka u lekarza, zwykle nie darzonego sympatią:) W końcu nikt nie lubi chodzić do dentysty! Czy źródło siły kryje się (czego nie podejrzewam) w samej Zosi, czy w okolicznościach i wcześniejszych doświadczeniach.... Zośka prawie zawsze towarzyszyła mi podczas moich wizyt u stomatologa. Przyglądała się, wdawała w pogawędki z panią doktor, przytulała do Niej... Kiedy więc odkryłyśmy ząbki do leczenia, nie miałam problemu, by przekonać córkę do nieco innego scenariusza. To Ona zasiadła w fotelu i bez problemów pozwoliła sobie borować mleczaki... Wogóle dzielna jest u lekarza bardzo. Ostatnie tygodnie obfitują w wizyty u przeróżnych specjalistów. Zaległe szczepienia, badania krwi, laryngolog, 7 września audiolog także... I przedszkole, zerówka, już lada dzień, w Łodzi jeszcze... Komentarzy: 8 Komentarze Grunwald - 2010-07-28 23:15:03Miało być ekscytująco i walecznie, z dreszczykiem emocji... Siąpiący od rana deszcz zniweczył plany organizatorów, którzy od tygodni przygotowywali inscenizację bitwy sprzed 600 lat. Pod Aleksandrowem Łódzkim przycupnęła bowiem maleńka wioska o szumnej nazwie Grunwald. W 100-lecie jej powstania (a historię ma ciekawą:) i w 600-lecie zwycięstwa wojsk W. Jagiełły pod prawdziwym Grunwaldem, na polach w pobliżu Łodzi, miało odbyć się widowisko będące rekonstrukcją historyczną prawdziwych walk. Po dniu pełnym zabaw plebejskich, jarmarku rękodzieła i muzyki dawnej, o zmierzchu miała rozpocząć się bitwa, w której setki konnych rycerzy miało zmierzyć się przeciwko sobie. Rycerzy spod znaku krzyża i spod znaku orła. Pogoda (która jeszcze poprzedniego dnia przekraczała 30 stopni celsjusza), zmieniła się radykalnie, racząc obficie deszczem, zimnem, wiatrem. Jadąc pod Grunwald z Zosią, nie przypuszczaliśmy, że niebo takiego paskudnego figla spłata. Nie tylko nam (bo do maleńkiej wioski ściągnęły setki Łodzian i okolicznych mieszkańców). Bitwa odbyła się, ale ku żalowi Zośki, bez udziału (a raczej z bardzo mizernym udziałem) Krzyżaków (którzy nie dojechali, bo wystraszyli się deszczu:) Bractwo rycerskie w krzyżackich strojach zrejterowało z powodu pogody...:) Gdyby wszystko przebiegło zgodnie z planem, ten wieczorny, bitewny pokaz rycerskiej odwagi, pozostawiłby po sobie niezapomniane wrażenia i kawałek wielkiej historii. Mogliśmy poczuć namiastkę tego, co zaplanowali organizatorzy... Pełna niepokoju muzyka, przez głośniki towarzyszyła bitwie, ogień zagarniał “słomiane kopce”, detonacje armatnie wstrząsały okolicą, prócz huku niosąc potężne smugi dymu... Mogło być naprawdę fantastycznie, było... nieźle:) Najważniejsze, że podobało się Zosi, która mimo deszczu strzelała z łuku, dokazywała z Adasiem (synkiem koleżanki, co miłośnikiem rycerstwa jest), zajadała pieczone kiełbaski i bitwę rycerską oglądała z zapamiętaniem (zaklinając, by się za szybko nie skończyła:) ![]() ![]() Dymy ogni i armat skutecznie zasłały i tak zachmurzone niebo... ![]() Zwycięskie wojska... ![]() Komentarzy: 6 Komentarze Wakacje:) - 2010-07-21 22:56:05Gorące powietrze i zawrotnie wysokie temperatury za oknem rosną odwrotnie proporcjonalnie do wewnętrznej motywacji dla systematycznych zapisków :) Przegrzane komórki mózgowe rejestrują wrażenia (i zdarzenia), gromadząc je bezładnie w pamięci. Wyselekcjonowanie i uszeregowanie ich w jakiejś hierarchicznie ważnej kolejności wymaga wysiłku, który nijak nie przekłada się na wyszukaną intelektualnie notkę na blogu:) Środek lata i pełnia wakacyjnego luzu sprzyja niepoprawnemu lenistwu:) Także kronikarskiemu:) Tymczasem, mimo “piekielnych” temperatur życie toczy się dalej obfitując w wydarzenia. Śluby, wesela (wiem, dużo ich tego lata już było:) Ale nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym, pięknym, wzruszającym i bajkowym... Ślubie Kamila i Magdy (naszej eterycznej, blondwłosej wolontariuszki:) Zosia, mimo przygotowań do uroczystości, niestety nie mogła w niej uczestniczyć. Dwa dni wcześniej zagorączkowała wysoko, z 40-stopniową temperaturą, rozżalona i słaba, nie była w stanie myśleć o odświętnym stroju, ślubowaniu Magdy i zabawie. Została w domu pod opieką Juli i babci Zosi. A my, rodzice, chłonęliśmy wyjątkową atmosferę małżeńskiej przysięgi. Przed cudownym, promiennym ołtarzem w kształcie monstrancji, na białych klęcznikach, Magda i Kamil (dwie idealnie dobrane połówki jabłka, wedle słów mojego męża) sprawiali wrażenie przeniesionych z odrealnionego świata. Magda w zwiewnej, delikatnej jak Ona sama sukience, z różowym kwiatem we włosach... Wpatrzony w Nią Kamil, cudowna muzyka, całowane obrączki (jak na moim i Irka ślubie)... A przed kościołem płatki czerwonych róż i anioły na szczudłach z cukierkami i bańkami mydlanymi... Pięknie! ![]() ![]() Wesele w sali “Pod Aniołami”... Cudny, figlarny taniec Młodej Pary (prawie spektakl taneczny w kłębach kolorowej mgły), góralska kapela i guiz zgodności charakterów z kukiełkami (niesamowity!)... Odwróceni od siebie Młodzi odpowiadający na pytania w stylu: “Kto komu będzie przynosił śniadania do łóżka, kto będzie śpiewał kołysanki dziecku, kto nocne igraszki preferuje bardziej:) Wesoło i... wzruszająco. Zwłaszcza podczas przepięknie śpiewanej przez Magdę piosenki “Cudownych rodziców mam”... Szkoda Zosiu, że nie mogłaś nam towarzyszyć. Bawiłabyś się równie wyjątkowo, jak My... Wakacje spędzamy po trochu z Agą i Zuzią pomieszkującymi z nami w przerwach między kolejnymi wojażami. Dziewczyny śpią na materacach, malują farbami, znoszą tony zabawek do salonu i ogrodu (ja je później odnoszę z powrotem na górę:). Gotują zupki ziołowe i opatentowują składniki płynu do zmywania o wdzięcznej nazwie “Miętowy szał”. Udało mi się podejrzeć skład owego “Szału”. W butelkach po wodzie mineralnej pływają listki mięty i mydło (niewyczerpywalne jego zapasy wyczerpały się z łazienek w dwa tygodnie). Sprzedają te miętowe cuda po 10 zł za sztukę. Póki co kupuję ja i Irek:) Celebrują śniadania (ciepłe bułeczki i kakao z bitą śmietaną posypane wiórkami czekolady niweczą moje plany pozbycia się zbędnych kilogramów:) ![]() Jasiek spędza dzień na leżaku w cieniu tarasu, z nieodłączną muzyką i czytanymi przeze mnie baśniami, nareszcie w cienkiej koszulce miast sweterka, który w ciągu roku okrywa niemal codziennie Jaśka- zmarźlaka:) On jeden fontanny nie doświadcza... zimnej, wodnej fontanny ogrodowej, przy której harce dziewczyn słychać w promieniu kilku kilometrów, mam wrażenie:) Woda migocze w słońcu i chłodzi rozpalone buzie szalejących dziewczynek (młodszych, Aga preferuje komputer:))) ![]() ![]() Poza tym gości przyjmujemy wakacyjnych, dłuższy czas niewidzianych. Choćby Dorotkę (wolontariuszkę, o której Zosia mówiła swego czasu: “Ta Dorotka, ta malusia”:) Malusi teraz to synek Dorotki jest! Ośmiomiesięczny Maciuś, oczy wypatrujący za Zosią i lawendą, w kierunku której nieustannie zmierzał na czworakach:) ![]() Refleksję mam taką na koniec:) Obraz właściwie lipcowy... Dziecka portret wakacyjny... W nieładzie włosy; czupryna nieczesana, okalająca niesfornie buzię; posiniaczone kolana, ręce ze śladami wszelkich możliwych działań sprawczo-plastycznych:) Ubranie skąpe, często brak jakiegokolwiek odzienia poza skrawkiem osłaniającym intymność (majtkami zwaną:) Portret dziecka szczęśliwego! Wakacyjna beztroska! Oby jak najdłużej trwała! ![]() Komentarzy: 6 Komentarze Ach, co to był za ślub:) - 2010-06-28 13:46:02Po zwariowanej częstotliwości pojawiania się majowych notek nadszedł czas czerwcowego letargu:) Wena literacko-kronikarska zniknęła... zdmuchnięta gorącym, wakacyjnym powietrzem:) A zaległości zbierają się niczym chmury burzowe nad głową:) I groźnym pomrukiem domagają wypunktowania na blogu. Więc sumieniem dręczona, zapisuję to, o czym pamiętać chcę w przyszłości:) Bal Kopciuszka, wirującego w tańcu. Kopciuszka, który wdziękiem i urokiem serca kradł. Serca gości weselnych, serca młodej pary.... Kopciuszka, który miast gubić pantofelki wymieniał je na inne:) By na koniec w sandałkach zostać, które do sukienki balowej nie pasowały, ale wygodą przewyższały błyszczące buciki:) Kopciuszka, który do tańca, ojca nie tańczącego porywał i razem z nim na parkiecie fruwał. Bal Kopciuszka mojego, bal Zosi... na weselu w Kutnie, u Damiana i Marty... Para młoda zapatrzona w siebie, radosna. Marta w sukni hiszpańskiej, opalona, czarnowłosa, tancerkę flamenco przypominająca:) Damian z uśmiechem od ucha do ucha, w swą żonę wpatrzony, dumny... Ich czas piękny, młody... W pamięci mam ślub sprzed lat piętnastu. Mój Tata o mnie mówił: hiszpańska dziewczyna...:) A Irek oczu nie odrywał od swej młodziutkiej żony:) Fotostory z Kopciuszkiem:) ![]() ![]() ![]() Zapamiętać chcę spotkanie w Płocku, u Eli i Marka. Przepyszne drinki (dopracowane przez lata w najdrobniejszych szczegółach, smaki zaklęte w kolorach turkusu i wanilii), pogawędki niespieszne przy stole, w ogrodzie, na tarasie... Wędrówki dzieci przez piętra, przestrzenie, pokoje. Jedną wszak rozmowę, jeden obraz zapamiętać chcę szczególniej:) Wyostrzone zmysły zarejestrowały serię fenomenalnych migawek realnego życia w opozycji do baśni obejrzanej z Zosią... Toy Story 3 (według mnie najlepsza, choć i najdramatyczniejsza część animacji o Chudym) ożywiła dawne, dziecięce przymierza. Ktoś specjalnie dla mnie przeniósł emocje z ekranu do świata rzeczywistego, do świata, świadomie i nieświadomie kreowanego zachowaniami bliskich... W tym świecie zjawił się Chudy, zabawka z Ameryki, lalka z pudła, która wywołała wzruszenie chłopca, nastolatka... Ten chłopiec, Paweł, zaglądając do pokoju, w którym dziewczynki bawiły się szmacianym kowbojem, przestrzegał spojrzeniem: “Lalka jest moja. Szeryf z gałganków towarzyszył mi wiele lat, nie oddam go teraz.” Z wielkiego ekranu zszedł sam Andy, właściciel lalki, troskliwie spakowanej do pudła z napisem “College”:) Chyba nie muszę dodawać, że Zosia, zauroczona filmem i zabawką- kowbojem z Płocka, wszystkie zdobyte punkty-nagrody (za zjedzone posiłki i dobre zachowania), wymieniła na szeryfa w kowbojskim kapeluszu. Podarowała mu "rumaka" (psa Bobika w czarno-białe łaty:) i ożeniła z lalką- baletnicą:) Co na to filmowa Jessie? Młoda Para:) ![]() A w minioną sobotę bajkowy ślub się odbył. Ślub pani Karoliny z Zosi przedszkola. Tej, którą Zośka “ulubiła” od pierwszego dnia pobytu w placówce. Dzieci z dwóch najstarszych grup zebrały się licznie, w szpalerze stanęły (wraz z rodzicami z białymi balonami) i bańkami mydlanymi znaczyły drogę Młodej Parze wychodzącej z kościoła. Wzruszający obrazek namalowały:) Podczas mszy natomiast większość przedszkolaków rozsiadła się beztrosko na dywanie przy drzwiach wyjściowych i bańkami mydlanymi obficie podlewała własne uroczyste sukienki, spódniczki i spodnie:) Czego nie omieszkał uwiecznić fotograf:) Ja niestety zdjęć nie mam, opowiedzieć jedynie mogę o Pannie Młodej w sukni jak z bajki, wśród tęczowych, przezroczystych, mydlanych obłoczków. A Wy możecie uwierzyć mi na słowo:) Wakacyjnie, ciepło pozdrawiam, A. Komentarzy: 6 Komentarze Pachnąca impresja... - 2010-06-17 18:25:37![]() "Kwiaciarki w koszach jaśminy miały i róże. Jaśminy były białe, róże pąsowe i duże. I nagle- nad kwiatami schyliła się dziewczyna, i nagle- walc w bukietach, walc w różach i jaśminach." (z książki "Muzyka Pana Chopina" W. Chotomskiej) ![]() Komentarzy: 9 Komentarze Kwiaty, kolory, klucze...:) - 2010-06-09 22:15:14Czy Wy też czujecie już lato? Pachnące jaśminem i wakacjami? Na biurku mam wazonik z wonnościami, z białym kwieciem, które Zosia z naszego jaśminowego krzaka zerwała dziś rano:) Korzystając z tego, że przeziębiona siedzi ze mną w domu, więcej niż zwykle (pod moim czujnym okiem) czyta z elementarza. CZYTA prawdziwie...! Zapomniałam wspomnieć o tym wcześniej, a przecież tak ważna umiejętność jak śledzenie wzrokiem tekstu i odczytywanie go głośno, nie może pozostać niezauważona i musi być potraktowana co najmniej wytłuszczonym drukiem (jak się kiedyś mawiało:) Zośka czyta od dwóch, może trzech miesięcy... Literuje, składa wyrazy, dodaje kolejne i łączy zgrabnie w zdania. Mogę już puchnąć z dumy? Czy poczekać, aż zacznie czytać “trzynastozgłoskowce”?:) A przy okazji, w nauce czytania sprawdził się nam absolutnie bezkonkurencyjny elementarz M. Falskiego. Jego kolejne strony (pomijając dezaktualizujące się, nawet stuletnie treści), to mistrzostwo świata, kawał świetnie napisanego, rewelacyjnie stopniującego trudność podręcznika! To z niego uczyły się czytać wszystkie dzieci w mojej rodzinie! Ja, Julka, jej dziewczynki, Zofijka teraz...:) Pisze też już sama:) O tak!:) Dzisiejszy list do Taty:) ![]() Siedząc przed południem na ogrodowej huśtawce delektowałyśmy się ciepłem i baśniami o wróżkach i czarodziejach. Takimi pięknie napisanymi, magicznymi, letnimi baśniami Natalii Gałczyńskiej... o Agnieszce- Skrawku nieba, o dzwoneczkach Małgorzaty... Już same tytuły cudnie dźwięczą w uszach, nieprawdaż?:) No dobrze, skoro jednak zapisywać mam ku pamięci wydarzenia z “Zojkowa”, nie mogę nie wspomnieć o zjeździe rodzinnym z ubiegłego czwartku. Zjeździe ściśle związanym z corocznie odbywającym się w Łowiczu świętem i procesją Bożego Ciała. Procesją szczególną, na którą ściągają tłumy obcojęzycznych turystów, pragnących poznawać obrzędy regionu i podziwiać kolorowe łowiczanki w pasiastych, cudownie mieniących się barwami wełniakach. Łowiczanki, od których nie można oderwać wzroku i... aparatu:) ![]() ![]() ![]() ![]() Zosia, początkowo zachwycona strojami dziewczynek sypiących kwiaty przed Najświętszym Sakramentem, podczas kazania siedziała z obwarzankami na szyi, układając patyczki na ulicy... w krzyżyki:) Po procesji obowiązkowe lody, odstane w długaśnej kolejce (pamiętam taką z dzieciństwa przed lodziarnią w Kutnie) i obiad u cioci Krysi i wujka Waldka. A potem... hamak, szaleństwa z Michałem i Pawłem, z Oliwką, z Zuzą i Agą. Piłka w przeróżnych wariantach gier i kombinacji osobniczych, karuzela w ramionach niezmordowanego Michała, czereśnie wespół ze szpakami prosto z drzewa jedzone, Jasiek pod czereśnią w wózku i Miłek, przestrzenią działki porażony (w mieście takiej nie uświadczy:)... Było, jak co roku wyjątkowo, miło, gwarnie, wesoło. Za rok znów tak będzie:) ![]() ![]() ![]() Na koniec kilka (słowo)twórczych odsłon Zośki: Zośka nowosłowna: Głębocze mi w nosku! (o katarze) Mazak zagłęboczył w pudełku! Zośka filozofująca: Mogłabyś mamo wynaleźć cofnator czasu! Żebym mogła znów być malutka! Zośka- estetka, w niebo wpatrzona: Te ptaki, mamo, tak niechlujnie lecą. Powinny lecieć w kluczu!!! Jeśli ktoś mowę ptaków zna, o klucz prosi Ona i ja!:) Komentarzy: 7 Komentarze Dwa teatry... - 2010-05-29 20:02:23Nie w każdym teatrze musi być scena, nie w każdym teatrze usłyszymy dzwonek przed spektaklem, nie zawsze rozsunie się dla nas kurtyna, a aktorem niekoniecznie będzie ten, kto ukończy szkołę filmową... Żywym teatrem zawsze będzie Człowiek. Żywym teatrem jest Dziecko. Przedstawienie z okazji Dnia Mamy odbyło się w przedszkolu Zosi w ubiegły wtorek. Jak zwykle świetnie, profesjonalnie przygotowane przez kadrę pedagogów. Tym razem podziwialiśmy “Calineczkę” w wersji light - krótką, sympatyczną, kolorową, roztańczoną i rozśpiewaną po polsku i po angielsku bajkę dla rodziców! Z kapitalnymi dialogami i fantastyczną muzyką (klimaty rodem z Robin Hooda genialnie wkomponowały się w choreografię ropuszego tańca:) Zosia jako Pani Chrabąszczowa. Mimo drobnych sprzeciwów, pogodzona z rolą “czarnego charakteru”:) Ja kłaniam się nisko Wychowawcom przedszkola! Wykazali się wielką mądrością i doskonałą intuicją. Po pierwsze... dzieci, które w zimowym przedstawieniu występowały w rolach pierwszoplanowych, tym razem otrzymały drobniejsze kwestie, co pozwoliło zaistnieć innym przedszkolakom (a to ważne z punktu widzenia dziecka i rodzica). Po drugie (i to dotyczy Zosi personalnie), dostała rolę gburowatej, wrednej Chrabąszczowej, co przełożyło się na jej małe, na miarę wieku, aktorstwo:) Zwykle w domu (podczas naszych przedstawień) to ja wcielam się w postaci dobre i pokrzywdzone, a Zośka obsadza siebie w rolach krzykliwych i niejednoznacznych moralnie:) Ot, siostry Kopciuszka, wilk, Baba Jaga:) Bo za anielską buzią i blond włosami kryje się energia pirata, moc czarodzieja, siła charakteru:) Ze zrobionymi przeze mnie skrzydłami z pończoch, w ślimaczkach na głowie i z czułkami na opasce wyglądała, o dziwo, wyjątkowo ładnie (jak na Panią Chrabąszczową:) Wracając do dziecięcego teatru w przedszkolu... niejednej z mam łzy wzruszenia popłynęły... Podczas piosenki o zabieganej mamie, której oczy to dwa anioły stróże...:) ![]() ![]() ![]() ![]() A ponieważ tytuł notki wyraźnie sugeruje, iż opowieść o teatrze nie zakończy się w tym miejscu, zapraszam na relację z jeszcze jednego przedstawienia:) Przedstawienia wyjątkowego i szczególnego, wystawionego z okazji wyjątkowego i szczególnego dnia... Dnia Dziecka. Ze spektaklu, który my, rodzice, podarowaliśmy w prezencie naszym przedszkolakom... ! Na deskach Teatru Małego w Manufakturze, pod rampami świateł; w strojach, których nie powstydziłby się żaden profesjonalny teatr, z tremą i pod obstrzałem aparatów fotograficznych i kamer telewizyjnych (!) wystawiliśmy Bajkę o Brzydkim Kaczątku. Bajkę mądrą, śmieszną, wzruszającą, muzyczną, barwną. Taką, która sprawiła wiele radości nam, dorosłym, podczas prób i która (mam nadzieję:) wiele radości sprawiła zgromadzonym na widowni przedszkolakom, rodzicom, babciom i dziadkom. Pani Ania (wychowawczyni Zosi) poświęcała swój prywatny czas, by towarzyszyć nam w próbach (czuwając nad całością i pomagając opanowywać taneczne kroki i układy choreograficzne)... My, rodzice, podczas cotygodniowych spotkań z zapałem godnym najlepszej sprawy powtarzaliśmy mniej i bardziej skomplikowane układy, śpiewaliśmy, czytaliśmy tekst, każdorazowo bawiąc się przy nim świetnie i żartując iście po sztubacku:) Tuż przed wyjściem na scenę (prawdziwą, teatralną, a jakże!) poczuliśmy krążącą szybciej we krwi adrenalinę. Stłoczeni w garderobie, czekając na sygnał i wygaśnięcie świateł, nagle pogrążeni w stresującej ciszy, takiej tuż, tuż przed wielkim wyjściem... spoglądaliśmy na siebie przestraszeni, uśmiechem pokrywając nerwy, które jakimś cudem udzieliły się nam w tym ostatnim momencie... Marcin w futrzanym przebraniu Burka, Brzydkie Kaczątko z wielkimi oczami na czapce, Kot- Mruczek (którego strój na próbach podziwialiśmy w wersji dla dorosłych:), kaczuszki z wypchanymi, żółtymi kuprami, łabędzice-baletnice; pięknie śpiewająca, subtelna Żaba; wreszcie ja- narrator i pan Andersen, z muchą w kropki i z cylindrem na głowie. Osiemnaścioro WIELKICH rodziców. Takich, którym się chciało zrobić coś razem! Przedstawienie udało się znakomicie, sufler nikomu nie był potrzebny, a taniec, którym rozpoczynaliśmy spektakl (a który na próbach nigdy nie wychodził idealnie:) tym razem zatańczyliśmy perfekcyjnie i bez wpadek. Piosenka dla Pana Andersena wzruszyła niejednego, a taniec niesfornych kaczątek (potem niesfornych łabędzi:) rozbawił dzieciaki do łez. Ja sama wzruszyłam się kilka razy... Pierwszy raz stojąc przed tłumnie zgromadzoną publicznością, oślepiona światłami i ze ściśniętym żołądkiem...Rozpoczynając przedstawienie: "Posłuchajcie, oto bajka Pewna kaczka zniosła jajka." Wzruszona także wtedy, gdy siedząc na scenie śpiewałam z innymi o kaczętach, z których wyrosną łabędzie... I wtedy gdy dzieci weszły na scenę z różami... I gdy czytałam wiersz dla pani Ani (wspólnie z Kotem układany:)... I jeszcze raz, gdy uświadomiłam sobie, że to już koniec bajki... Że to już koniec opowieści... A biorąc pod uwagę zmiany, które czekają nas w najbliższym czasie, tej zakończonej bajki nie mogę odżałować... Dobrze więc było spotkać się z ”aktorami” przedstawienia raz jeszcze wieczorem, pośmiać do bólu brzucha, odstresować... Jako, że to już nie jest relacja nadająca się na tego bloga, napiszę tylko, że było bardzo wesoło!:) Zapraszam na obszerny (bardzo obszerny:) fotoreportaż:) Mój mąż znakomicie wywiązał się z roli fotoreportera:) Voila! Na widowni... ![]() I na scenie... ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Więcej zdjęć w galerii... Komentarzy: 10 Komentarze Komunia Zuzi... - 2010-05-25 8:34:15W minioną niedzielę razem z Zuzanką przeżywaliśmy ważną i piękną uroczystość przyjęcia przez Nią Pierwszej Komunii Świętej. Uroczystość, która swą niewinnością wzrusza od zawsze. Wystarczy ogarnąć wzrokiem tę dziecięcą, białą ciżbę, maleńkie bukieciki na pokrytych bielą ławkach, wystarczy dostrzec skupienie i blask dziecięcych oczu. Zuzia w swej prostej i delikatnej sukience wkomponowała się w to wzruszenie pięknie i subtelnie. Stojąc za wstążką oddzielającą dzieci od dorosłych, obok ławki Zuzi, mogłam podglądać Jej emocje... Zerkałam na poważną buzię, złożone do modlitwy dłonie, dyskretny uśmiech... Patrzyłam na czystą, komunijną dziewczynkę... ![]() ![]() Przyjęcie w domu u Juli... pyszne, rodzinne, słoneczne. Dzieci przy pianinku i mikrofonie śpiewały piosenkę, której nauczyłam ich wiele lat temu, nucąc ją Jasiowi do ćwiczeń... “Do jak śliczny domek z kart, re jak rechot w stawie żab...” (z filmu “Dźwięki muzyki”). Mikrofon sprostał zadaniu i sprawdził się znakomicie podczas "audycji radiowych" które dziewczynki prowadziły na zmianę przy “muzycznej konsoli”...:) Jedyny trudny moment nastąpił w chwili, gdy Zosia razem ze wszystkimi dziećmi chciała wyjść na podwórko. Niestety nie mogła. Od piątku dostaje antybiotyk, Klacid. Ma zapalenie płuc. Jak to określiła pani doktor: szmery w płucach, że hej! ![]() ![]() Dziś przedstawienie z okazji Dnia Mamy w przedszkolu. Zawiozę Zośkę, ma swoją rólkę do odegrania... Czarnocharakterną:) Relacja wkrótce:) Komentarzy: 10 Komentarze Nocna wyprawa z mamą:) - 2010-05-18 13:50:26Dziś będzie zdjęciowo i kolorowo, na przekór pogodzie:) Maj w tym roku przeżywamy szczególnie intensywnie. Wydarzenia uroczyste przeplatają się z wesołymi, towarzyskimi spotkaniami i z atrakcyjnymi niespodziankami, które często w ostatniej chwili planujemy dla Zojki. W miniony weekend, prócz imprezy imieninowej u babci Zosi (jak zwykle pysznej, gwarnej i sympatycznej), przygotowałam także dla siebie i Zośki pełną wrażeń i kulturalnych rozrywek sobotę. W ramach imieninowej niespodzianki wybrałyśmy się we dwie do teatru “Pinokio” na kapitalny, dowcipny, ogromnie radosny spektakl, inspirowany wierszami Tuwima. Mali widzowie, umiejętnie “wplatani" w fabułę przedstawienia, kosztowali bitej śmietany i cukierkami znaczyli drogę Grzesiowi, zbierającemu ziarnka piasku. Razem z Panem Maluśkiewiczem bujali się na łódeczce z orzecha, a Panu Zapominalskiemu podpowiadali kwestie z wierszyka o Słoniu Trąbalskim:) Obydwie z Zosią wyszłyśmy z teatru zauroczone jego niesamowitą przestrzenią dla wyobraźni (wyobraźni wszystkich tych, którzy pośrednio i bezpośrednio przyczynili się do powstania scenicznej wersji “Tuwimków”). Świetna, aktorska interpretacja wierszy, przy minimum dekoracji i rekwizytów, rozbawiła nas jak rzadko kiedy. Idealnie wkomponowała się w imieninowy nastrój mojej córeczki:) A po przedstawieniu pojechałyśmy do Muzeum Bajki SE-MA-FORa (wytwórni filmów lalkowych i rysunkowych w Łodzi) w ramach Europejskiej Nocy Muzeów. Uczestniczyłyśmy w warsztacie tworzenia lalki animacyjnej, od jej projektu, poprzez zbudowanie szkieletu z drutu i bloczków (umożliwiających poruszanie, zginanie i prostowanie poszczególnych części ciała) aż do wypełnienia gąbką i masą plastyczną- szarą, twardą plasteliną. ![]() Nasza (no dobrze, bardziej moja:) lalka animacyjna:) ![]() Po warsztacie, około godz. 20.00 rozpoczęłyśmy zwiedzanie wystawy Bajkowego Muzeum. Wystawy, która poruszyła przede wszystkim moje serducho, bo przypomniała czasy dzieciństwa i oglądane dawno temu filmy (z których Zosia zna jedynie Misia Uszatka i odrobinę Colargola) Ciekawi jesteście, jakie to filmy? Voila, zapraszam w podróż do przeszłości i... współczesności. Buzia Zosi odbiła się cudnie (acz przypadkowo:) w szkle, za którym Miś Uszatek podejmował gości... ![]() Pamiętacie mój wpis sprzed lat na temat pewnej, fantastycznej książeczki W.Chotomskiej "Przygody jeża spod miasta Zgierza"? Czy ktoś z Was znał film? ![]() Pingwin Pik Pok ![]() Colargol ![]() Kolorowy świat Pacyka ![]() I nowsze produkcje:) Mokra Bajeczka... ![]() Parauszek (kadr z filmu) ![]() Piotruś i wilk ![]() Zosia dowiedziała się w muzeum, czym jest animacja poklatkowa, czyli jak nieruchome kukiełki poruszają się w filmie:) Zobaczyła, że można nieznacznie je zmieniać (delikatnie poruszając) i każdorazowo robiąc nowe zdjęcie, po nałożeniu na siebie poszczególnych klatek, stworzyć wrażenie ruchu zabawki. Jedna sekunda filmu to aż 24 klatki. Obejrzałyśmy urządzenie do tzw wieloplanu (na samej górze leżą rysunki postaci filmu animowanego, poniżej tła, układane warstwowo, by tworzyć wrażenie przestrzeni). Ja dowiedziałam się ponadto ciekawej historii kamery z 1934 roku. Kamery wyprodukowanej we Francji, w czasie II wojny światowej zarekwirowanej przez Niemców, później przez Rosjan. Po wojnie, w 1946 roku kamera trafiła do nas, przywieziona przez polską panią oficer, jako dekoracja! Przy pomocy owej dekoracji już od następnego roku powstawały kolejne produkcje wytwórni:) ![]() Na koniec, w ramach nocnych projekcji kinowych SE-MA-FORa, obejrzałyśmy z Zosią nagrodzoną Oskarem, filmową adaptację baletu S. Prokofiewa “Piotruś i wilk”. Krótkometrażowa baśń muzyczna bez słów, w pełni zasłużyła na Oskara, choć nie jest najłatwiejsza w odbiorze... Bohaterem historii jest wrażliwy chłopiec, na oczach którego wilk zjada kaczuszkę- przyjaciółkę dziecka. Kiedy jednak Piotruś może się zemścić, wybacza... Historia szczególnie nam bliska także poprzez fakt, że tuż przed projekcją mogłyśmy podziwiać w najdrobniejszych szczegółach dekoracje i lalki, które w filmie wystąpiły. Zosia dotknęła futrzanego wilka; zobaczyła drewniane miniatury zabiedzonych, syberyjskich chat (ze zwisającymi z dachu soplami lodu i skrzynką z ziemniakami przed wejściem); stanęła pod drzewem z niepokojąco poplątanymi konarami... Takie przełożenie nieruchomych plastycznie elementów na film widziany na ekranie jest niesamowite! Zosia z najważniejszą statuetką filmową:) ![]() I przy scenografii do filmu "Piotruś i wilk" ![]() A na koniec trochę bajkowo, trochę deszczowo.... Na poprawienie humoru:) ![]() Komentarzy: 8 Komentarze Archiwum: 2006: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2007: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2008: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2009: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień 2010: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień |
![]() 2004-04-30 o godz 21.50 Zosia głośnym krzykiem oznajmia swoje narodziny
|
|||
Moją stronę odwiedziło 130036 gości. |
||||
![]() |
||||