|
Naszą stronę odwiedziło już 177614 gości. Dziękujemy.
Archiwum:
|
||||
- Antoszki | - Borysek | - Di | - Dziduszki | - Filemon | - Griszka | - Jasiek | - Kacper | - Kamil | - Krzyś | - Łukasz | - Maciek | - Margolcia | - Miłek | - Murkowo | - Olek | - OŁ | - Oskar | - Szymek | - Tysia | - Wariatkowo | - Wi | - Wojtek | - Zeszydło | - Zieloni | - Zuzka | |
||||
![]() |
||||
|
Śnieg i magnolie - 2012-04-27 12:45 Komentarzy: 7 Komentarze Zaległości grudniowe...:) - 2012-01-30 11:27Nie będę się już chyba usprawiedliwiać swoją długą nieobecnością na blogu. Z przykrością, ale i zadziwieniem stwierdzam, że to miejsce przestało być dla mnie tak ważne, jak kilka lat temu, gdy było zarazem (i paradoksalnie!) pamiętnikiem i odskocznią codzienności, terapią, zakątkiem spotkań z wirtualnymi przyjaciółmi ... Nie znaczy to, że przestałam lubić to miejsce. Po prostu skończył się pewien etap w moim życiu, blogopisanie przyćmiły nowe wydarzenia, zobowiązania, sprawy mniej lub bardziej istotne, marzenia małe i duże, spełnione i niespełnione, moje, Zosi, naszych bliskich sprawy... Już nie chcę wszystkiego tu zapisywać, już nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby otwierania się, także dla Was. I nareszcie nie czuję z tego powodu żalu... Dlatego będę coraz rzadziej... Nie mówię jeszcze “do widzenia”, nie palę za sobą mostów, nie zamykam drzwi do swej “wewnętrznej filmoteki”... Ale wiele pozostanie już tylko dla mnie i mojej rodziny... To w ramach szóstej rocznicy blogowania, która nadeszła niepostrzeżenie i minęła bez fanfar kilkanaście dni temu:) Gorzko trochę... Ale jeszcze nie pożegnalnie. Mimo wszystko dość długo tu jestem i z sentymentem wspominam dobre sześć lat i wiele wartościowych rozmów z Wami... Dziś zaległości... Ogromna notka, zdecydowanie w kronikarskim stylu... I wklejona z datą styczniową, choć od wydarzeń świątecznych upłynęły całe tygodnie... Przedświąteczne przygotowania rozpoczęły się wraz z początkiem grudnia. Pierniczki piekłyśmy z Zosią (tradycyjnie już) w zaciszu naszej domowej kuchni. Po raz drugi piekłyśmy je także w miejscu bardziej gwarnym i rozśpiewanym:) W domu Zojkowej koleżanki, na zaproszenie Jej fantastycznej mamy i w towarzystwie całej gromady pierwszoklasistów z mamusiami:) Wspólne wygłupy, wycinanie foremkami piernikowych ciastek, malowanie i ozdabianie, w tle kolędy, a także radosne dziecięce hojki, czyli pastorałki wyśpiewywane przy ogromnym drewnianym stole:) Co tu dużo mówić (lub pisać:)... Było fantastycznie i kreatywnie. Nie tylko dlatego, że dzieci spędziły ten przedświąteczny czas na cudownej, pachnącej cynamonem i przyprawami korzennymi zabawie. Także my, mamy, przegadałyśmy wiele spraw, szkolnych, świątecznych, familijnych:). Pomysłów moc zrodziło się na następne święta... Choćby wspólne nagranie kolędy, śpiewanej przez dzieci i rodziców... ![]() ![]() ![]() Dziecięce dzieła:) ![]() A tu odrobinka atmosfery tamtego dnia: Taka naprawdę ociupinka:) KLIK! Jakości nie najlepszej, bo filmik jest na serwerze smykowym... Wracając do zaległości. Czas na wigilijne spotkanie w szkole Zosi. Przygotowane pięknie i ciepło przez nauczycieli dwóch pierwszych klas. Jasełka z chwilami wzruszeń i pociesznymi, nieplanowanymi ”wpadkami” małych uczniów. Niedużą rólkę Zosi zrekompensowała śpiewana przez Nią pastorałka. Podczas, gdy wszystkie dzieciaki przebierały się do kolejnego występu (o którym za chwilę w fotorelacji), Zosia, poważna i skupiona, stojąc samiuteńka na środku auli, zaśpiewała przepiękną piosenkę świąteczną z akompaniamentem fortepianu. Dostała zasłużone brawa, wzruszyła nie tylko mnie... A w chwilę później, razem z pozostałymi pierwszakami, odtańczyła kowbojski taniec, przygotowany przez nauczycieli kanadyjskich w krótkim programie po angielsku... ![]() ![]() ![]() Po przedstawieniu, już w klasie szkolnej, dzieci z rodzicami wspólnie świętowały. Smakołyki wigilijne na stołach, przyniesione przez rodziców, kusiły zapachami. Tak, jak żywa choinka, ubrana wcześniej przez dzieci i panią Justynę. Nie zabrakło niczego podczas tego świątecznego spotkania. Był opłatek, cudowne prezenty wykonane przez pierwszoklasistów, zimne ognie, śmiech, zabawa i kolędowanie przebierańców. Tak, tak, było takowe. W dodatku poprzebierały się nie tylko dzieci. Jako kolędnicy ruszyliśmy do innych klas szkolnych. Wywołując śmiech i mnóstwo dobrych emocji. I sami bawiąc się znakomicie:) ![]() ![]() ![]() A niedługo potem nadszedł czas rodzinnego świętowania. W nowym miejscu, w nowym domu, z nowymi pomysłami na potrawy i choinkowe ozdoby. Za to z najlepszą na świecie, “starą” rodziną u boku:) Białe talerze na odświętnym stole, smacznie przygotowane wigilijne dania, rozświetlona lampkami choinka z piernikową gwiazdą na czubku, kolędy grane przez Zosię na pianinie... Do posłuchania, KLIK! I Mikołaj. Który znów nas odwiedził! Młody jakiś:) Ale z worem prezentów... Kłaniamy się w podziękowaniach Magdzie, Marcinowi i Temu, który w czerwonym stroju załomotał do drzwi!) Dziewczyny zachwycone. Zosia, Zuza, nawet szesnastoletnia Agnieszka. Lubią nas odwiedzać. My lubimy ich przyjazdy. A ten świąteczny szczególny, bo dłuższy, z nocowaniem, ciepłymi rozmowami przy stole, spacerem do kościoła pierwszego dnia świąt, z kalamburami i z Bibi- psem sąsiadów, co skradł serca nasze i w spacerach nam towarzyszył:) ![]() ![]() ![]() Nasze tegoroczne odkrycie:) Ozdoby choinkowe z papieru. Zdecydowanie dla cierpliwych:) ![]() ![]() ![]() Nowy Rok witaliśmy w podobnym gronie. Julka z dziewczynkami zamieszkała na kilka dni z nami i w sylwestrowej zabawie uczestniczyła. Punktualnie o godzinie 20.00 “sąsiedzkie odpalanie fajerwerków” nastąpiło. Zdecydowaliśmy tak ze względu na dzieci i bezpieczeństwo tychże (bowiem o północy istne szaleństwo za oknami się odbywało). I nastał nam rok nowy, AD 2012... Półmetek pierwszej klasy Zosi... Ferie w pięknej, zimowej (tak, tak!) scenerii... O nich (i śniegowym szaleństwie) w następnym odcinku:) Bo w poszukiwaniu śniegu w góry pojechaliśmy. Inne niż dotąd:) Komentarzy: 7 Komentarze Noc świętomikołajska - 2011-12-06 20:14Mimo, że to będzie mikołajkowy wpis, zacznę go chyba nietypowo. Od pewnej książki... Książki, którą dostałam w prezencie od mojego męża, w kilka miesięcy po ślubie... Książki, która zajmuje jedno z pierwszych miejsc w mojej pokaźnej bibliotece. Książki drogocennej i pachnącej (naprawdę!), nasączonej zapachem fiołków, zapachem perfum poetki... Książki z wierszami zwiewnymi i ulotnymi, czarownymi i magicznymi, jak sama poetka i jak noc świętomikołajska, z fragmentu Jej wiersza... “O noce białe, noce dziecinnych mych marzeń, gdy w piecu ogień więzień ciska się i gniewa, ogień biedak rozpacza wśród migotnych żarzeń ogień wariat całuje suche trzaski drzewa (...) Noc świętomikołajska z młynkową zawieją... noc słodka i bezpieczna której przespać szkoda- buciki przed kominkiem świecą się i grzeją, czeka się, aż w nich błyśnie piernikowa broda i leży się w mistycznym dreszczu i bez ruchu by nie spłoszyć staruszka (choć to tylko tata) i wzdycha się i marzy na poduszek puchu z ufnością w tę zaciszność tajemnic wszechświata (...)" (Maria Pawlikowska Jasnorzewska) Tegoroczne mikołajki różniły się nieco od dotychczasowych, znanych Zosi z poprzednich lat. Choć zaczęło się jak zwykle od pieczenia pierniczków. W niedzielę upiekłyśmy ich całą górę:) Jeszcze nie lukrowałyśmy, bo robimy to nieco później, pierniczki leżakują w blaszanych puszkach i pachną nieziemsko i obłędnie po otwarciu szafki kuchennej:) Część z nich zostanie zawieszona na choince, część zapakowana w małe prezentowe paczuszki, a część będzie w święta łechtać przyjemnie nasze podniebienia:) Choć niektórzy ignorują zakazy i wyjadają po cichutku piernikowe gwiazdki!:) W poniedziałkowy wieczór talerzyk z ciasteczkami stanął przed kominkiem, z nieodłączną szklanką mleka i marchewką położoną dla renifera... Oraz z napisanym przez Zosię listem do Świętego Mikołaja. Listem, pisanym całkowicie samodzielnie, bez pytań o ortografię... Listem z ”wadami pisownymi”, wedle określenia Zosi:))) I tych “wad” trochę jest:))) Od tego miejsca wszystko dzieje się inaczej niż zazwyczaj:) Wedle zupełnie nowego scenariusza:) Mikołaj co prawda przybywa nocą, próbuje pierniczków i kruszy niemiłosiernie, renifer ogryza marchewkę i zostawia niedojedzony kawałek na podłodze, ale... rano nigdzie nie ma upominków! Jest za to list za uchyloną szybą komina. List pisany pismem zamaszystym, kredką pożyczoną od Zosi i po angielsku! A brzmi tak: I will be back today evening. Wait me in Gutek’s home at 6-7 p.m. P.S. Very good cake. Yum, yum :) Santa Clause. Pomagam Zosi przetłumaczyć... jest zaczarowana. Szykuje się do szkoły i niedowierza. Jak to? Będzie wieczorem? Naprawdę? U Gutka? Czy tylko ja taki list dostałam? I tu kilka słów wyjaśnienia:) Gutek to maleńki synek naszych przesympatycznych sąsiadów. I to właśnie Oni wpadli na pomysł, by przebrać kolegę z pracy za Siwobrodego Świętego. Oraz by na ten wyjątkowy wieczór z Mikołajem zaprosić Zosię i jej koleżankę. Pomysł spadł nam jak z nieba. Bo Zosia pomaleńku zaczyna wątpić.... Badać dogłębnie... Jeszcze bardzo chce wierzyć, jeszcze opowiada o zwyczajach podbiegunowych (pomagają jak zwykle nieocenione książki, ostatnio jedna PIĘKNA przyniesiona z biblioteki), razem celebrujemy w domu magiczne rytuały mikołajkowe, ale wkrada się w tą naszą magię coraz więcej wątpliwości, które nurtują siedmioletnie dziecko. Mimo, że bardzo pilnujemy, by wszystko trzymało się jakiegoś spójnego scenariusza... Do rzeczy jednak... Zgodnie ze wskazówkami z listu od Mikołaja, wybraliśmy się do sąsiadów o umówionej godzinie. A w chwilę potem przybył nadzwyczajny Mikołaj. Przepasany paskiem z włóczki, z wielgaśną białą brodą (Zosia zauważyła w domu, że była doczepiana?), z dzwonkiem i czerwonym worem z prezentami... Wszystko, co mówił i robił rekompensowało wcześniejsze wątpliwości. Opowiadał o biegunie, wspomniał o okruchach pysznych pierników w naszym domu, pytał o grę na pianinie i o szkołę (Zosia pochwaliła się wynikiem spelling quizu, uwaga....10 na 9 punktów, czym rozbawiła Mikołaja). Wizyta spełniła oczekiwania. Nie tylko pod względem upominków (choć istotne one były, ukrywać nie będę:). Przede wszystkim ocaliła ciągle podtrzymywaną przez nas wiarę w czar. Mikołaj sam powiedział, że choć czasy inne i z ich duchem iść trzeba (i z internetem), to bez czarów Mikołaj nie zdziałał by wiele... A my i tak naprawdę nigdy nie wiemy, czy widząc w sklepie, szkole, na ulicy białobrodego staruszka w krasnym płaszczu, widzimy PRAWDZIWEGO świętego Mikołaja, czy jednego z jego pomocników... ![]() ![]() Komentarzy: 6 Komentarze Strasznoty:) - 2011-11-17 12:42No dobrze, czas spokojniejszy nadchodzi... Dłuższe i ciemniejsze wieczory sprzyjające domowi i książkom, które ostatnimi czasy zaniedbaliśmy rodzinnie. Zaległości czytelnicze sięgają stosem pod sufit:). Zastanawiam się, czy i kiedy zdążę przeczytać to wszystko co w domowej bibliotece, w merlinowym koszyku i w planach świątecznych zakupów:) Zosia wypełnia popołudnia zajęciami dodatkowymi i zabawami ze szkolnymi koleżankami. W szkole spędza większą część dnia, więc podoba mi się ogromnie zwyczaj, że dzieci podczas przerw, po lekcjach i w trakcie lekcji plenerowych bawią się na dworzu. Nauczyciel ubiera się i wychodzi ze swoją gromadą:) Nie tylko, kiedy jest ciepło i słonecznie. Bardzo mnie to cieszy, bo Zosia, realizując dwa programy nauczania, w domu jest właściwie po południu. A wtedy za oknem i ciemno i chłodno... A skoro o ciemnościach mowa, z dwutygodniowym opóźnieniem postraszę Was halloweenową wampirzycą. Straszszszną! Przydała się ubiegłoroczna opaska z nietoperzami, tu i ówdzie podklejona:) W szkole, w halloweenowy piątek zgromadzenie wiedźm, czarownic, duchów i całej czeredy innych, mrocznych stworzeń magicznych bawiło się na dorocznym balu:) Ponoć dobrze się bawiło:) Schody szkolne rozświetlono dyniowym światłem. Naszą werandę również przyozdobiły dwie dynie, mniejsza przygotowana samodzielnie przez Zosię i większa, mojego autorstwa. Com się natrudziła przy jej krojeniu, to moje:) ![]() ![]() ![]() A w wieczór halloweenowy, razem z Zosią, w przebraniu wiedźmowo-wampirczym odwiedziłyśmy naszych nowych (już nie nowych, bo znanych i lubianych:) sąsiadów, by zwyczajem amerykańskim zażądać cukierka i postraszyć psikusem:) I oto ja, przeciwniczka komercji, wespół z córką i pierwszy raz w życiu, poddałam się urokowi halloweenowego wieczoru na modłę zachodnią... I w niczym nie przeszkodziło to, bym refleksyjnie, ciszej i z zadumą świętowała polskie dni zaduszne. Z mickiewiczowskimi “Dziadami” przed snem... Tyle na dziś. A może nie... Jeszcze okołoszkolny słowniczek i kilka rozmów z uczennicą:) Liczadło (miast liczydło). Mnie się nadal ogromnie podobają przeinaczenia i neologizmy Zośki. Ciągle się pojawiają, takie piękne czasem... Szkoda, że przestałam zapisywać, bo pogubiły się w pamięci, niestety... Zosię spotkała przykrość w szkole i wypłakiwała się swojej wychowawczyni. - Zosiu, ale może nie trzeba było skarżyć? - Mamo, ja nie skarżyłam! Ja opowiadałam o swojej krzywdzie! W trakcie przygotowanego dla nas, rodziców, przedstawienia Zosi o narodzinach Jezusa: - I wtedy Józef, zwany drwalem.... Nie drwalem? Stolarzem? - Cieślą, Zosiu, cieślą! Komentarzy: 7 Komentarze Pasowanie na ucznia - 2011-10-27 14:05W ubiegły piątek, 21 października, w szkole Zosi odbyła się uroczystość ślubowania i pasowania na ucznia. Galowo ubrane pierwszaki, lekko stremowane, ale bardzo dumne i przejęte, zaprezentowały nam, rodzicom, przygotowany wcześniej program artystyczny. Były wierszyki, piosenki śpiewane po polsku, angielsku i francusku; krótkie, sympatyczne przedstawienie z wróżką, zaklęciem, krainą wiedzy... Zosia, o dziwo, zupełnie bez tremy, za to ogromnie podekscytowana. Czymże? Kilka dni przed uroczystością, konspiracyjnym szeptem Zojka poinformowała mnie, że oprócz przedstawienia wystawianego przez dzieci, wszyscy zgromadzeni na sali rodzice odśpiewają hymn Polski. “Mamo, naprawdę, Wy też będziecie musieli wstać i śpiewać z nami.” Skąd w Niej ta ekscytacja? Hymn Zosia zna (słyszała go wielokrotnie w telewizji, śpiewała ze mną w domu), ale nigdy dotąd nie miała okazji wykonywać go w naprawdę uroczysty sposób. W galowym stroju, na stojąco, w harmonijnym unisono dziecięcych i nie tylko dziecięcych głosów. Ja też pamiętam takie hymny, śpiewane na szkolnych akademiach... Dla mojej córeczki- pierwszoklasistki był to pierwszy i wyjątkowy hymn państwowy. Wyjątkowe było także samo ślubowanie. Dzieci, z paluszkami podniesionymi do góry zgodnie powtarzały za panią dyrektor słowa przysięgi. Z wiarą, że uda się być zawsze dobrym kolegą i uczniem:) A potem każdy pierwszak został pasowany na ucznia. Otrzymał dyplom, zdjęcie, legitymację szkolną, piękną zakładkę jesienną w prezencie od trzecioklasistów i ołówki z lizakami od najstarszych uczniów. Wszystko przygotowano w najdrobniejszym szczególe, bardzo pięknie i wzruszająco. W tle, za dziećmi stojącymi na środku sali, slajdy z ich szkolnymi zdjęciami... Na stołach smakołyki przyniesione przez rodziców, które po ślubowaniu pałaszowały dzieci i dorośli:) ![]() ![]() ![]() Więc to już. Przygoda ze szkołą zaczęła się na dobre... Na najbliższe lata... Wiele lat. Pasowanie było tylko pierwszym, sympatycznym akcentem. Ślubowanie wzruszającym podjęciem pewnego zobowiązania... A tak naprawdę, jak ta szkolna przygoda będzie rozkwitać, w jakim kierunku zmierzać i dokąd zaprowadzi na koniec, pokaże czas... Postaram się wspierać Zosię (choć mam niedobre, ambicjonalne ciągoty). Mam też na szczęście cudownego męża, który pięknie mówi, że “chce mieć przeciętnie zdolne, ale szczęśliwe dziecko, które w przyszłości może być przeciętnie zdolnym, ale szczęśliwym człowiekiem” A ja? Dryfuję sfrustrowana pomiędzy “slow parenting” a “bojową pieśnią tygrysicy”, pomiędzy perfekcją a pobłażliwością, stresem a swobodą... Szukam nieustannie złotego środka. Bo przecież od dzieci trzeba wymagać, wdrażać je w obowiązki, uczyć, że sukces jest okupiony ciężką pracą (Zosia dostrzega to, kiedy po raz kolejny powtarza utworek na pianinie, a on po raz kolejny nie wychodzi tak dobrze, jak by chciała)... Ale trzeba też umieć odpuścić, pozwolić na błędy, na pomyłki, na poniesienie konsekwencji, na luz i swobodę wreszcie... Powtarzam sobie jak mantrę słowa Irka... “Chcę mieć przeciętnie zdolne, ale szczęśliwe dziecko”. Choć w głębi duszy chcę mieć i zdolne i szczęśliwe! Chyba nie macie wątpliwości, jaki rodzaj rodzicielstwa preferuje dziecko:) ![]() ![]() ![]() Komentarzy: 9 Komentarze Pierwszak w szkole... - 2011-09-30 22:11Dziś mija pierwszy, szkolny miesiąc Zosi. Piękny, słoneczny, ciepły, jeszcze prawdziwie letni, a jednocześnie jesiennie złocący wszystko za oknem wrześniowym światłem... Ach, jak lubię te pogodne, złote dni wczesnojesienne... Zosia zaaklimatyzowała się w szkole cudnie. A nie było początkowo łatwo. Dołączyła do grupy dzieci, które znały się z ubiegłego roku i które intensywnie uczyły się angielskiego w zerówce dwujęzycznej szkoły, do jakiej zapisaliśmy Zosię. Miała więc podwójnie trudno. Z obawą przyglądałam się Jej szkolnym wrażeniom, razem z Nią doświadczałam miliona nowości w relacjach z ludźmi i miliona emocji... Dziś mogę powiedzieć, że obydwie jesteśmy zadowolone. Zosia uwielbia swoją przemiłą, młodą i ciepłą wychowczynię (dla której rysuje ciągle nowe obrazki:) i przepada za zajęciami angielskiego z Mr Bradem, który od samego początku zrobił na mnie i na Niej piorunująco dobre wrażenie. Cudownie uśmiechnięty, radosny, sympatyczny młody człowiek z Kanady, na którego lekcjach nie wolno mówić po polsku (dzieci próbują jednak przemycać polskie nazwy ucząc pana Brada słów takich jak chrząszcz, szczoteczka czy Szczebrzeszyn!:))) Co jeszcze? Zośka, jak było to do przewidzenia próbuje godzić swe skrajnie różne cechy osobowości:) Obowiązkowa jest i zapominalska od czasu do czasu:) Zdarza się Jej zapomnieć piórnika lub dzienniczka ze szkoły... Małe problemy urastają wtedy do rangi naprawdę wielkich. Rozpacz bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, rozsądkiem dorosłego człowieka, przyznaję. Opracowujemy razem szczegółowy plan potencjalnych rozwiązań/ poszukiwań/ odpowiedzi na dręczące małą główkę pytania... “A co będzie, jeśli piórnika/dzienniczka nie znajdę albo nie będzie leżał tam, gdzie go zostawiłam... ?” No cóż, przypominam sobie swoje szkolne problemy. I to, jaki kiedyś miały one dla mnie wymiar. Były przerażająco ogromne, choć dziś wydają się bez znaczenia, całkiem nieistotne... Ale wtedy ciążyły solidnie. Dziś podobne “kłopociki” ciążą Zosi, która przejmuje się jeszcze bardzo całą tą okołoszkolną organizacją...:) Tak sobie wracam do książek przeczytanych podczas wakacji z Zosią. Do "Piotrusia pierwszaka" M. Buczkówny, do "Stokrotki"- pierwszoklasistki, do Zuźki Zołzik, do "Korniszonka"- urwisa (z) pierwszej klasy... A jeszcze do "Braci Lwie Serce", do "Chłopca, który szukał do domu", do Zuzanny z "Jednorożca"... Ileż w tych dzieciach mojej Zosi. Ileż Ona ma w sobie cech wszystkich tych literackich dzieci:) Wracając do meritum... Od połowy września zaczęły się zajęcia dodatkowe. W tym semestrze nie szalejemy. Zosia chodzi na tańce, kółko muzyczne i pianino. Ma i tak wystarczająco dużo zajęć szkolnych... A poza tym... Wszystko zaczyna pomału funkcjonować dobrym, stałym rytmem. Nie uwierzycie, ale uwielbiam poranki o bardzo wczesnej, 6-ej godzinie. Jeszcze uwielbiam:) Być może zmienię zdanie gdy nastaną egipskie ciemności po otwarciu oczu...:) Na razie jednak rozkoszuję się bladoróżowym niebem o świcie, spokojem i kłującą w uszy ciszą (gdy dzieci i mąż śpią jeszcze), chwilą tylko dla siebie, czasem na zaplanowanie reszty dnia... Prysznic, błyszczyk, chmurka pudru na policzkach, poranna kawa z mlekiem, rześkie powietrze w drodze do sklepu po sitkowy chlebek, śniadanie dla rodziny... Nauczyłam się tym cieszyć. Zdecydowanie nie lubię wybiegać z domu w pośpiechu... Choć zdarza mi się, gwoli ścisłości:) Wielu rzeczy nie piszemy o sobie, prawda? Wielu rzeczy o sobie nie wiemy. Zosiu, być może kiedyś przeczytasz... Lubię poranki! Wszystkie! Wakacyjno- leniwe, w piżamach do południa i szkolno- rutyniarskie:) Poranki. Są obietnicą dnia:) Spróbuję na nowo zmobilizować się do pisania... Choć nie sądzę, by wróciły systematyczne notki... Blog będzie raczej luźnym zbiorkiem bezładnych chronologicznie wspomnień:) Tyle jeszcze czeka na pamiętnik. Ot, choćby letnie spacery po Warszawie, sprzedawanie kawałków historii Zośce... Cierpliwości... ![]() ![]() Komentarzy: 6 Komentarze Wakacje za nami... - 2011-08-31 22:48Chyba jeszcze nie zdarzyła mi się tak długa przerwa w relacjach i blogowaniu.... Nie wiem, czy będę potrafiła nadrobić wszystkie, dwumiesięczne zaległości.... Przeprowadzka, rozpakowywanie, nowe znajomości, wizyty, wakacje Zosi w Chorwacji, ciasteczka w ilościach hurtowych pieczone dla gości, spacery po starej i nowej Warszawie, nasz dom, pokój Zojki romantyczny, bullerbynowe przyjaźnie:) Matko, jak mam to wszystko opisać? Nie wiem... Więc na przekór, dziś nie napiszę już nic.... Pożegnam tylko z Zosią wakacje... Z Zosią - uczennicą pierwszej klasy. Podskakującą z radości, niecierpliwą i podekscytowaną jutrzejszym spotkaniem ze szkołą:) ![]() ![]() Komentarzy: 10 Komentarze Pożegnanie z Łodzią... - 2011-07-03 21:04W naszym domu to ja pielęgnuję wspomnienia i zapamiętuję to, co minione... Irek patrzy tylko w przyszłość, uczy mnie, że najważniejsze jest to, co przed nami.... Nie pozwala odwracać się do tyłu, zadręczać wątpliwościami, czy coś zrobiliśmy dobrze, czy źle... “Tęcza jest zawsze przed Tobą”, mówi... Mój mąż. Najlepszy człowiek, jakiego mogłam spotkać. Także teraz, w chwilach totalnej plątaniny uczuć i karuzeli wydarzeń, spokojnie odwraca mą twarz od tego, co tu, kierując mój wzrok do tego, co tam, w przyszłości... I choć oboje lubimy wspominać dobre chwile naszego życia, to ja spoglądam częściej za siebie, Irek prze do przodu... Ja zawsze jestem krok z tyłu, a On krok przede mną... A mimo to, cały czas za rękę. Ja z Nim, On ze mną... Tyle się zmienia w naszym życiu, po raz kolejny... Tyle planów mamy przed sobą, o których tutaj, na razie pisać nie będę... Kończymy jakiś rozdział i zaczynamy nowy, inny, lepszy? Żegnamy się z domem, spotkanymi tu ludźmi, z Łodzią, gdzie się urodziłam i gdzie mieszkałam długie xx-eści lat:) Głupia, sentymentalna dziewczyna, którą wciąż jestem w głębi duszy... A która dziś, dzięki Irkowi, nie boi się zmian i tego, co ma przynieść nam nowe... Pełna nadziei :) I wiary, że mnie, Irkowi i naszym dzieciom będzie dobrze... Wiem, że będzie!
Od pewnego czasu, po naszej parafii, od domu do domu “wędruje” obraz Matki Bożej... Kiedy nawiedził kościół w ubiegłym roku, razem z Zosią byliśmy na wieczornej mszy świętej (na którą Irek przyjechał specjalnie z Warszawy)... Był także na nocnym (krótkim) czuwaniu.... Wysłuchał wtedy czytania.... Zrobiło na Nim ogromne wrażenie. Wiedzieliśmy już wtedy, że czekają nas zmiany... A w czytaniu był fragment o namiocie. Namiocie, jaki staje wszędzie tam, gdzie są ludzie, kościół, modlitwa. Namiot, dom, zawsze tam, gdzie rodzina...
Nasz namiot stanie już jutro w nowym miejscu... Stanie tam, gdzie zaprowadziła nas w listopadowy dzień minionego roku najprawdziwsza tęcza... Tęcza, prowadząca samochód w stronę domu, którego już od dłuższego czasu szukaliśmy...
A obraz Matki Bożej pięknie pożegnał nasz dom obecny i naszą rodzinę... Zdążyliśmy go przyjąć i ugościć..... Pachnącymi peoniami, różami spod okna i modlitwą, swoją przed cudownym obrazem obecnością... Całą rodziną, z Zosią i z Jasiem, na kolanach, wspólnie powtarzaliśmy frazy codziennego pacierza... I choć Jasiek rozkrzyczał się przy Litanii Loretańskiej (bo przecież na co dzień zna tylko “pacierzowe modlitwy”:), to zapamiętam tę chwilę naszej rodziny przed obliczem Matki Bożej, takiej pięknej i prostej... Zosia śpiewała ze mną pieśni, które pamiętałam jeszcze z katechez wczesnoszkolnych. Jak bardzo ich słowa tkwiły we mnie....
“Była cicha i piękna jak wiosna, żyła prosto, zwyczajnie jak my... Ona Boga na świat nam przyniosła i na ziemi, wśród łez, nowe dni zajaśniały..."
To moje pożegnanie z Łodzią i Konstantynowem, prawdziwe pożegnanie dla mnie... A dla Was mam Łódź bajkową i Łódź z ulicy Piotrkowskiej. I swoje dzieci w Łodzi... ![]() ![]() ![]() ![]() Wrześniowe spacery... Moje, Jasia i Jego nauczycielki... ![]() ![]() Oni na siebie zerkają:) ![]() Deszczowa piosenka dla mojego synka... ![]() ![]() Do zobaczenia... Chyba tu wrócę, za pewien czas :) Komentarzy: 16 Komentarze Urodzinowa impreza Zosi:) - 2011-06-30 09:22Ostatnią (mocno już zaległą) notkę zapisuję na blogu ku pamięci. Ostatnią zaległą, chociaż następna też ostatnią w jakimś sensie będzie.... :)
Zgodnie z obietnicą daną sobie (pomimo permanentnego niedoczasu ostatnio) zapamiętuję imprezę urodzinową Zosi (z końca maja). Impreza to była niezwykła, z co najmniej kilku równie ważnych powodów. Huczna, gwarna, kolorowa, radosna, z liczną gromadą przedszkolaków w ogrodzie, jeszcze w obecnym miejscu zamieszkania, idealnie wpisana w pogodowe niespodzianki (nieziemski upał dzień wcześniej, deszcz ulewny wieczorem i burza z piorunami w nocy). Impreza niezwykła także dlatego, że z teatrem w tle. A właściwie z teatrem w pierwszym planie:) Teatr “MER” rozgościł się w naszym ogrodzie... Nie byle jaki teatr. Zosia już od samego rana mogła podglądać go “od kuchni”, “pomagając” w rozstawianiu stelaży, zawieszaniu kurtyn, ustawianiu nagłośnienia... I zabawiając swoim nieustannym szczebiotem (z dyskusją o hodowaniu żab z jedną z aktorek:) Wszystko było prawdziwe, na wyciągnięcie ręki, teatr, jakiego nigdy właściwie nie ogląda się z tak bliska, także dosłownie, bo krzesełka dla publiczności ustawiono tuż przy scenie... Prawdziwi aktorzy, cudowne barwne kukiełki, kilkanaście piosenek.... Wszystko to (niespodziewanie zresztą) pięknie utonęło w zieleni ogrodu (idealnie wkomponowując się w otoczenie i łącząc różne odcienie wiosny w przyrodzie, sercu, na torcie i ubraniach, zielonych, a jakże:)
Plenerowy spektakl “Jacek i Placek” cudowny. Kolorowy, rozśpiewany, pełen przygód, z narastającym napięciem i piękną, mądrą, acz humorystyczną historią dwojga chłopców, którym nudzi się codzienność. Przedszkolaki zapatrzone... w większości i w teatr:) Znalazło się wszakże dwóch takich (jak Jacek i Placek:), co wolało po swojemu zagospodarować czas imprezy i w piłkę pograć na tyłach ogrodu:)
Po przedstawieniu pan Marcin (jeden z aktorów) zaprosił przed scenę onieśmieloną tym Zosię. Dzieci odśpiewały mej córce “Sto lat”, ja podałam tort, na którym zapłonęła urodzinowa świeczka. Pierwszy taki ognik płonął kilka tygodni wcześniej, na torcie zrobionym przeze mnie dla rodziny.... Drugi igrał teraz na okrągłym, eleganckim cieście z naszej ulubionej cukierni... A Zosia... zamarzyła coś po cichutku i zdmuchnęła płomyk urodzinowej świecy.
I wtedy w domu zapanował chaos. Rozdzielanie tortu, szybkie ozdabianie galaretek bitą śmietaną, opanowanie kilkanaściorga dzieci, częstowanie dobrociami.... Na stole (wedle mojego zamierzenia) miało być zdrowo i kolorowo. Upiekłam dzień wcześniej mnóstwo ciasteczek ryżowych z brązowym cukrem, stół ozdabiały kolorowe herbatki w dzbankach i przenikające się barwy galaretek w szklaneczkach... Chyba zadowoliłam gusta małych łakomczuchów, choć co poniektórzy dopytywali o chipsy:)))
Po poczęstunku w domu (nad domem nie można już było zapanować, a raczej nad pędzącą po nim zgrają, która okupowała pokój Zosi, zaciekawiona zaglądała do Jasia, dziwowała się chłopcu siedzącemu przy muzyce i do ogrodu wynosiła najlepsze (czyt. największe) okazy piłek rehabilitacyjnych Jaśka:)
Czas był najwyższy, by w ogrodzie rozpoczęły się (pod okiem aktorów- animatorów) zabawy wszelakie. Przeciąganie liny, karmienie jabłkami na sznurkach, wyścigi mumii, “żywe rzeźby” odgrywane na przemian przez dzieci i dorosłych... Fajnie było... i wesoło. Dobrze bawili się wszyscy. Także rodzice, którzy zostali...
Warto było na koniec, uczcić urodziny Zosi w taki właśnie sposób. Pewnie nie powtórzymy tego już nigdy więcej, więc tym bardziej cieszę się, że mogliśmy choć raz zaproponować coś innego, coś magicznego. Z moim ukochanym teatrem w roli głównej:) Teatrem w ogrodzie Zosi... I choć Zosia zapytana, czy woli teatr czy kino odpowiada ostatnio, że zdecydowanie kino, ja wiem, że przedstawienia kukiełkowe gdzieś w Niej zostaną. Nawet, jeśli po latach nie będzie o nich pamiętać. Jak ponoć ja nie pamiętam swoich wypraw do teatru z mamą:)
A resztę opowiedzą, mam nadzieję, zdjęcia... Więcej w galerii. Komentarzy: 6 Komentarze Czas przedszkolnych pożegnań... :) - 2011-06-22 18:27Miało być chronologicznie. Ale nie będzie. Impreza urodzinowa Zosi poczeka, a dziś pożegnamy się z przedszkolem. To będzie takie prawdziwe pożegnanie... z dziećmi, z wychowawcami, z salą Smerfów, ze ślimakiem Akuku z przedszkolnego logo (który u nas w domu zamieszka w pewnym zegarze, o czym za chwilkę:). Ostatni raz zaprowadziłam dziś Zosię do przedszkola, ostatni raz po Nią tam pojechałam. Ostatni raz zmieniła butki w kolorowej szatni. Ostatni raz uściskała panią Anię i pana Konrada, na pożegnanie... Ostatni raz pomachała rączką dzieciom wyglądającym przez okno, pohuśtała się na huśtawce na uwielbianym, choć maleńkim placu zabaw.
Trzy lata minęły tak szybko. A czas pędzi nadal, ucieka, ucieka... Więc chociaż tu, na chwilę go zatrzymam, pochwycę, zapamiętam. Te dzisiejsze uściski, przytulańce, uśmiechy, zaszklone oczy, życzenia pomyślności. Dla nas i dla Tych, którzy towarzyszyli nam przez te ostatnie trzy lata. Mnie, ale przede wszystkim Zosi. W Jej oswajaniu z przedszkolem, w Jej sukcesach na miarę przedszkolnych konkursów, w zwycięstwach i porażkach, w społecznym rozkwitaniu, dojrzewaniu do przedszkola i przedszkolnych przyjaźni.
Początki nie były łatwe. Zosia wymiotowała (pewnie dziś mało kto o tym pamięta), popłakiwała, długo adaptowała się do codziennego obowiązku porannych pobudek i wyjść z domu... Niby rezolutna, lubiana, fajna, a jednak w głębi bardzo zagubiona beze mnie i Irka... Dziś to inna dziewczynka. Ciągle pełna skrajności: przebojowa, silna, odważna i bojowa, a jednocześnie krucha, wrażliwa, skupiona. Oswoiła przedszkole dla siebie, w cudnej grupie naprawdę zgranych dzieci. Takich, które witały się od progu z radością, czekając na siebie niecierpliwie, wzajemnie zapraszając na urodziny.
Oficjalne zakończenie zerówki odbyło się wcześniej, po naszym przedstawieniu dla dzieci, 31 maja, na pikniku rodzinnym w Ogrodzie Botanicznym. Było ognisko, grill, pieczone na patykach kiełbaski. Słońce, pogoda, a przede wszystkim ludzie. Bardzo sympatyczni i zżyci ze sobą. Zerówkowicze otrzymali dyplomy ukończenia przedszkola, wyprawki szkolne i książki o ziemi, idealnie trafione w zainteresowania sześcio- i siedmiolatków. Zośkę fascynują dziś wulkany, płyty tektoniczne, trzesięnia ziemi, burze, chmury i zjawiska pogodowe... Książki idealnie wkomponowały się w to, czego dzieci chcą dziś słuchać... Zresztą, chyba mogę to napisać, przedszkolne prezenty zawsze były wyjątkowo przemyślane i estetyczne. Ooo, na przykład skarbonki do własnoręcznego malowania przez dzieci... Albo książeczki z lalkami, szablonami i materiałami do projektowania strojów... No dobrze, wracając jednak do pikniku... My, rodzice wręczyliśmy wychowawcom, pani Ani i panu Konradowi, między innymi kubki ze zdjęciami naszych dzieci. Oczy się szkliły, wszystkim bez wyjątku. Coś ściskało serce, coś się kończyło już wtedy.... Dziś zakończyło się definitywnie... Ale, jak to mówią mędrcy, coś się kończy, by mogło zacząć się coś nowego... W tym nowym, będzie nam towarzyszył pewien obraz, specjalnie dla nas namalowany. Nie pokażę go Wam, bo jest już w nowym miejscu, a zdjęcia nie zrobiłam. Ale opowiem o nim. Dostał go Irek... Zdumiona do granic możliwości, usłyszałam na pikniku od właścicielek przedszkola, że Irek był pierwszym rodzicem, który pojawił się na rozmowie wstępnej, zanim jeszcze przedszkole otrzymało status placówki przyznawany przez ME. Obydwie panie zapamiętały Irka, także Jego strój podczas tamtej rozmowy sprzed trzech lat, Zosia została zapisana do nowo powstałego przedszkola jako pierwsza i jest jego pierwszą adeptką:) Obraz powstał specjalnie dla Nas... Na obrazie jest stary zegar (kocham stare zegary, ktoś wie?:) ze wskazówkami pokrytymi patyną, a z okienka zegara wychyla się.... nie, nie kukułka.... ślimaczek Akuku. Kawałek przedszkola zamieszka z nami w nowym domu... Wzruszający kawałek:)
Ale żeby nie było tak ckliwie na koniec, to napiszę jeszcze, że życie już za chwileczkę wywróci się nam o 360 stopni... Będziemy w nowym mieście, nowym domu, z nową pracą i szkołami dzieci. Ja także z nową fryzurą... krótką, lekką, roztrzepaną:) Odmłodniałam:)
Komentarzy: 7 Komentarze
Archiwum: 2012 Kwiecień Styczeń 2011 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2010 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2009 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2008 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2007 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2006 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń |
![]() 2004-04-30 o godz 21.50 Zosia głośnym krzykiem oznajmia swoje narodziny
|
|||
Moją stronę odwiedziło 177614 gości. |
||||
![]() |
||||