« Poprzedni blog Następny blog »

Załóż teraz swojemu dziecku rodzinny pamiętnik


Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, wszelkie prawa do wszystkich fotografii i informacji na tym blogu 
są własnością autora. 
Kopiowanie, rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie, publikacja zdjęć oraz informacji zawartych na tym blogu bez mojej zgody jest zabronione.






 
 
 
Druga część urlopu- działkowe podboje
2011-08-25 
 Po pobycie na polskim wybrzeżu przyszedł czas na wypoczynek na naszej pięknej kielecczyźnie. No może słowo wypoczynek średnio tu pasuje, ale niech tam.... Druga część urlopu spędzona w lwiej części w Złotej Wodzie. Działka to nasze miejsce, więc nic dziwnego, że własnie tam z reguły spędzamy urlop. Po naszej dłuższej nieobecności było sporo do nadrobienia w typowo działkowych klimatach, co zupełnie nie przeszkadzało Ani w zabawie. Mogła wreszcie nacieszyć podniebienie pojawiającymi się powoli malinkami. Mnie jednak najbardziej zapadło w pamięć to, jak wnusia zaczepiała swojego dziadka. Och oni to zawsze maja co na działce robić. Poza tym Ania pomagała dziadkom też sadzić nowe rośliny. Najchętniej jednak spędzała czas na swojej ulubionej górce piasku. Piotrek niestety od wtorku pracował, więc urlop spędziłyśmy tylko z ciocią Aga oraz babcią Stasią i dziadkiem Marianem. Starszyzna oporządzała nasz zielony grajdołek, a Ania korzystała z przepięknej pogody. Jedynym naszym utrapieniem były osy. 

Czas spędzony na działce wspominamy wszyscy bardzo dobrze. Szkoda, że urlop trwał tylko dwa tygodnie. Mam nadzieje, że będziemy mieli okazje jeszcze gdzies wspólnie wyjechac w najblizszym czasie. Nie ważne gdzie, byle razem. 

A działkowe klimaty w kadrze zamknięte pojawia się w galerii... Kiedy nie wiem... Na swoją kolej czeka jeszcze sporo fotek....

Komentarzy: 1 (Komentarze)


O naszych nadmorskich wojażach
2011-08-25 
 Sierpień ma się ku końcowi ale redaktorka pragnie napisać jeszcze kilka słów o końcówce lipca, którą to nasza rodzinka spędziła nad Bałtykiem, w pełnej uroku Łebie.

Tym razem nasz wyjazd należy określić mianem mocno rodzinnego, gdyż ekipa liczyła całe jedenaście osób i składała się z dziadków, cioci Agi i Piotrka, cioci Karoliny, wujka Marcina i dziewczynek, oraz oczywiście nas. Lekko przerażeni prognozami wyruszyliśmy w dość długą i uciążliwą podróż nad polskie morze. Po kilku godzinach w samochodzie wybrzeże przywitało nas piękna słoneczna pogoda i chciałabym móc napisać, że taka aura pozostała aż do wyjazdu, ale niestety tak nie było. Nie mogliśmy jednak narzekać, szczególnie biorąc pod uwagę, że większość Polski spowita była chmurami. Pogoda pozwoliła nam za to pozwiedzać troszkę, skorzystać z atrakcji , jakie oferuje turystom Łeba. Ale od początku...

Plaża....

W tym roku pierwszy raz Ania z wielkim zapałem spędzała sporo czasu w Bałtyku. Wcześniej raczej stroniła od tych przyjemności- powód banalnie prosty- za zimna woda. Jednak w tym roku mogłaby tam spędzić godziny i wcale temperatura wody by jej nie przeszkadzała. A więc było moczenie stóp w wodzie, skakanie przez fale, uciekanie przed nimi, budowanie zamków z piasku, gra w piłkę, chlapanie i co tylko przychodzi nam do głowy.... Zabawa wyśmienita- szczególnie, że miała towarzystwo w tych wszystkich zabawach w postaci Wiktorii. 

Wesołe miasteczko.....

Jedno z popołudni zostało w 100 % przeznaczone na zabawy w parku rozrywki. Oj niezły ubaw mieli chyba wszyscy. Dziewczyny zaliczyły diabelski młyn, pływające po wodzie kule, autodrom, huśtawkę łańcuchową, kolejki różnej maści. Po drodze nie mogło obyć się bez zaliczenia prawie każdego automatu typu karuzela, powóz, samochodzik....

Nadmorskie łakomstwo....

Tego zdecydowanie było dużo. Gofry i lody- te dwie rzeczy smakowały małym pannom najbardziej. Rodzice od czasu do czasu także ulegali tej słodkiej pokusie. Wika najbardziej lubi gofry z bita śmietana i owocami, Ania- no cóż , z nasza córcią to różnie bywa- w końcu kobieta zmienna jest.

Rejs statkiem na pełne morze...

To jest niesamowite wspomnienie... Myślę, że nam wszystkim bardzo sie podobało. Statek z charakterem (choć wiadomo, że to wszystko dla turystów). Morze lekko bujało tym naszym statkiem. Za to widok na wybrzeże niezapomniany. Dziewczyny mogły spędzić chwilę za sterami tej "łajby". Niestety to bujanie chyba zbytnio nie posłużyło ani, bo wieczorem dopadła ją gorączka i wymioty. Całe szczęście następnego dnia nie było już po nich śladu. 

Wizyta w skansenie...

W mniej pogodne dni staraliśmy się sporo spacerować i odwiedzać różne ciekawe miejsca. Jednym z takich miejsc był skansen w Klukach, czyli Muzeum Wsi Słowińskiej. Można było się tam przyjrzeć jak te tereny funkcjonowały kilkaset lat temu. Dla dzieciaków niesamowite przeżycie- wiele rzeczy zupełnie nieznanych, niepodobnych do niczego, co znają. Dorośli zafascynowani tym, jaką prostotą to wszystko się charakteryzowało. Ale, żeby było ciekawiej, to skansen ten "żyje". Można spróbować lepionych przez panie pierogów, przyjrzeć się , jak plecie się kosze z wikliny, a jak łata sieć. Był tez pan który robił buty dla koni, jak również panowie , którzy wyciągali z ziemi torf. Można było także zobaczyć dawno przez nas nie widziany len w uprawie. Dojazd do tego miejsca może nie jest najlepszy, za to wielka atrakcją były mijane dziesiątki bocianich gniazd wraz z ich mieszkańcami.

Dom do góry nogami...

Miejsce odwiedzone raczej ze względu na nasza ciekawość. Niby się wydaje, ze to nic wielkiego. Ja bym jednak wystrzegała wszystkich przed takim właśnie określeniem. Z zewnątrz to po prostu " dom do góry nogami", ale po wizycie w środku punkt widzenia mocno się zmienia. Moje osobiste spostrzeżenie- nie wiem, jak można do tego stopnia oszukać ludzką percepcję, ludzkie postrzeganie świata. Wrażenia niebywałe- serio.

Wieczorne grillowanie...

Wieczory w większości spędzane w domu, kilka okazji do świętowania. Były imieniny mamy i córki, były urodziny cioci Agi, no i chyba najbardziej pamiętne wydarzenie tego wyjazdu- oświadczyny. Tak, tak moja kochana młodsza Sis się zaręczyła i w przyszłym roku czeka nas weselicho.  A z tymi wieczorami to było tak- dzieci ululane, wiec starszyzna mogła pozwolić sobie na łyk zimnego piwka, przysmaki serwowane z grilla, łącznie z przepysznym świeżym dorszem... mhm palce lizać. Rozmowy do późnych godzin nocnych, na które zawsze brakuje nam czasu....

O tym co zobaczyliśmy, co przeżyliśmy mogłabym pisać długo. Zdjęcia powiedzą wiele za mnie. A za to wszystko bardzo dziękuje Wam kochani Rodzice, bo bez Was ten wyjazd nie doszedł by do skutku. Buziak od nas wszystkich.



Komentarzy: 0 (Komentarze)


Poskromienie złośnicy....
2011-08-08 
 Kiedyś mówiono mi , że mamy bunt dwulatka. Zgodzę się z tym. a co powiecie na bunt trzylatki? Inaczej obecne fazy nazwać się nie da. Ania miewa ostatnio bardzo często własne zdanie. Oj i potrafi konkretnie je zamanifestować. Wystarczy, że coś jest nie po jej myśli, że mama każe pozbierać zabawki... I wtedy się zaczyna... Ta mała słodka istota potrafi pokazać, na co ją stać. I kiedy jej złość osiąga apogeum matka słyszy " jesteś gupia, brzydka" itp. Początkowo irytowały nas te odzywki. Dorosły może odebrać je dosłownie. Zastosowałam jednak pewną metodę: przemilczenie, niereagowanie na takie słowa. I co z tego wynikło. Otóż panna A. widząc brak reakcji rodziców w momencie mówiła " wcale nie jesteś gupia , jesteś mądra i ładna". Mały łobuziak i tyle. 

W czasie tych lipcowych dni , poza parkiem i deptakiem, zaglądałyśmy z Anią tez na Kadzielnię, czyli rezerwat skalny w sercu Kielc, w którym to znajduje się amfiteatr. Pięknie zagospodarowany teren. Można tam miło spędzić czas na rodzinnym spacerze. Ania momentami zachwycona, innym razem zła. Jednak same skały wzbudziły w niej podziw. Nie mogło obyć się bez pytania : "a mogę się powspinać? " i przytargania do domu pół siatki kamieni.

Swoją drogą zastanawiam się, ile w Kielcach jest jeszcze takich miejsc, których nie odkryliśmy. 

A temat wakacyjnego lipca powróci jeszcze w kilku notkach. Do opowiadania sporo. Przede wszystkim nasze wakacje w Łebie. Nie zabraknie też klimatów działkowych.


Komentarzy: 2 (Komentarze)


W lipcowym klimacie
2011-08-08 
 Brak czasu na blogowe wpisy sprawił, że lipiec 2011 nie został praktycznie w ogóle odnotowany. Postanowiłam więc tę wielką szkodę naprawić.

Lipiec... jaki był?... Deszcz- to słowo ciśnie mi się na usta w pierwszej kolejności. Ale oprócz tych deszczowych dni było kilka naprawdę pięknych. Jasnym jest, że je dobrze wykorzystywaliśmy. 

Polubiłyśmy z Anią spacery do miejskiego parku, na kielecki deptak. Myślę, że to za sprawą wodnej frajdy, która czeka tam na wszystkich. Ania tymi fontannami zachwycona. Wyciągnąć ją stamtąd to nie lada wyczyn.

 























Takie popołudnia to czas tylko dla nas. Czas spędzony na pogaduszkach, wymyślaniu historii, odkrywaniu nowych zakamarków naszego miasta. Ani niebanalne pomysły niejednokrotnie zaskakują rodzicielkę, czasem nawet doprowadzają do wstrzymania oddechu. Fantazja Ani bije wszelkie rekordy. 

Kiedy wracamy do domku zmęczone, z uśmiechami na ustach, wiem, że warto. Po kąpieli i kolacji wspólne zasypiania i najpiękniejsze "kocham Cię " na świecie. Dla tego wszystkiego warto żyć.

Komentarzy: 0 (Komentarze)


O Bożym Ciele słów kilka...
2011-07-05 

 W Boże Ciało- jak to mamy juz od wielu lat w zwyczaju- wybieramy się do Złotej Wody. Na działce jest wtedy pretekst , żeby wreszcie posiedzieć spokojnie i zwyczajnie pogadać. Za pracę nikt się nie bierze, bo to święto. 

Tym razem wizyta w Złotej Wodzie przyniosła wizytę Anuszkowych pradziadków: Oli, Tomka i Leokadii. Dziadkowie lubią do nas przyjeżdżać, a niestety wiek robi już swoje. Dziadek Tomek skończy niebawem 90 lat, a obie babcie maja po niespełna 87. 

Czas spędzony fantastycznie. Ania jak zwykle latała ze swoja konewką, wiaderkami, kubeczkami i czym tylko, bawiła się na swojej ulubionej kupce piachu, zrywała i zajadała się czereśniami i porzeczkami, i do tego z wielką fascynacja podziwiała latające wokół babcinych kwiatów trzmiele i pszczoły. Matka tak się czereśniami najadła, że do wieczora nie mogłam się ruszać. Ale cóż zrobić- łakome z Anią jesteśmy na owoce- i to bardzo. Czas, który możemy spełnić w rodzinnej atmosferze jest tym, który uwielbiamy najbardziej. 






















 

Komentarzy: 0 (Komentarze)


Czerwcowa wizyta we Wrocławiu
2011-07-05 
 Zaległości blogowe duże, można by rzec , że nawet bardzo duże. Postaram się je jakoś nadrobić, bo pamięć ulotna...

W czerwcu wybraliśmy się do Wrocławia i Wilkszyna. Rzadko tam bywamy, ale sytuacja nie sprzyja nam, by odwiedzać rodzinne miasto Piotrka częściej. 

Moja kochana Sis broniła się 10 czerwca i ja nic nikomu nie mówiąc postanowiłam, że zrobimy jej z Anią niespodziankę i osobiście pogratulujemy zdobycia tytułu magistra. Generalnie planowaliśmy wyjazd do Wrocławia, więc była dobra ku temu okazja. I tak Piotrek (chłopak Agi) pomógł nam uknuć ten niecny plan. Jej zaskoczenie i radość , kiedy nas zobaczyła, wynagrodziły długą podróż w sekundę. Ciotka aż się rozpłakała. No i nie mogła się nacieszyć swoją siostrzenicą. Były lody, wspólny spacer po wrocławskiej Starówce . I chociaż spędziliśmy ze sobą zaledwie godzinę, to było warto.





Później przyszedł czas na podróż do Wilkszyna, do dziadków Ani. Czekał na nas tam już Piotrek, który nie miał bladego pojęcia, że będziemy kilka godzin wcześniej. Jego radość też była wielka. Wiadomo- tęskni za Anią bardzo. 

W Wilkszynie spędziliśmy cały weekend. Ania szalała ze swoją siostrzyczką cioteczną Agatką. Bawiła się tez z nowym pieskiem babci i dziadka - Dorą. Były spacery po okolicy. Ale chyba najbardziej dziewczynkom podobało się wspólne łobuzowanie. Tak się tym razem poskładało, że dziadkowie musieli załatwiać pilne sprawy związane z domem i niestety cała sobota minęła nam bez nich. Ale co tam, pewnie następnym razem będzie tego czasu więcej.














 

Komentarzy: 0 (Komentarze)


My cylistki
2011-06-16 
 Ania od zawsze lubi rowerowe szaleństwa. Na swoim trójkołowcu potrafi wyczyniać takie manewry, że matce często serce staje w gardle. Ale co tam. Od niedawna mamy z Anią nowa rozrywkę- z której i rodzice i nasza panna dużo korzystamy. Pewnego dnia redaktorka postanowiła, ze najwyższy czas wyjąć z piwnicy mocno zakurzony rower. Po odpowiednim przeglądzie u speca od rowerów, i zakupie odpowiedniego fotelika, dysponujemy sprzętem pod nazwa " rower z miejscem dla Ani". Oj dawno nie jeździłam na rowerze, a przecież to nie tylko zdrowie, ale przede wszystkim większe możliwości korzystania z uroków naszego miasta. I tak od czerwca mykamy sobie z Anuszka na tym rowerze. Nieopodal naszego domu rozciągają się kilkukilometrowe ścieżki rowerowe. Po powrocie z pracy szybie pakowanie prowiantu, wody, odpowiedni zabawek i ruszamy w drogę. Naszym ulubionym miejscem jest plac zabaw położony w samym środku lasu. Nie mogą tam dojechać auta, jest spokój. Z ciszą bywa różnie , bo z miejsca tego korzysta wielu rodziców- cyklistów.

Ania zachwycona nowym środkiem transportu. Do płaczu doprowadza mnie, gdy zaczyna mnie dopingować do szybszej jazdy, gdy mijamy innych rowerzystów. Głośne " Ma- ma, ma- ma !!!!" rozśmiesza też mijanych nieznajomych. Tym sposobem mamy coś dla zdrowia, ciekawy sposób na spędzanie popołudnia. I kolejne uśmiechy na jej twarzy.
















Komentarzy: 2 (Komentarze)


O pewnym spacerze
2011-06-16 
 Bardzo lubimy wspólne spacery- niewazne gdzie , nie ważne jak, ważne, że razem. Okolice Złotej Wody, a w zasadzie całe Góry Świętokrzyskie obfitują w miejsca, w które warto się zapuścić. W tych miejscach czas jakby zwalniał. 

Niedaleko działki moich rodziców jest przepiękny Orłowiński Par Krajobrazowy. Droga prowadzi przez las. Człowiek może delektować się widokiem usianych kwiatami lesnych polanek, przepięknym śpiewem ptaków. Ja zawsze mam tylko jedno ale- mrówki, które nie pozwalają zatrzymać kroku na dłużej.

Tak spędzaliśmy jedno z majowych niedzielnych popołudni. Czas niezapomniany.
































I tak to w obiektywie wyglądają te nasze wędrówki- a radość Ani i słowa,czy jeszcze tam wrócimy. Uciekanie przed mrówkami, niejednokrotne traktowanie ich patykiem, bukiety z polnych kwiatów. Gdyby tylko doba trwała więcej niż 24 godziny.

Komentarzy: 2 (Komentarze)


Złota Woda
2011-05-15 
Weekend praktycznie za nami. Niedzielna pogoda pozostawiała dużo do życzenia, ale za to sobota była cudna. I my ten fakt skrzętnie wykorzystaliśmy. Ze względu na Ani ospę , do piatku byłyśmy uziemione w domu. Ospie powiedziałyśmy już adios, więc nie było innej możliwości, jak spędzić czas na działce w Złotej Wodzie.

Ania wreszcie mogła spożytkować całą energię, która nagromadziła się przez niespełna dwa tygodnie. Szalała do tego stopnia, że nawet na chwilę nie było mowy o położeniu się spać. Padła dopiero w samochodzie. A co robiła przez cały dzień?

Była zabawa wózkiem....





Było wylegiwanie się na leżaku....





Były zabawy w piasku, budowanie z ciocią Agą i wujkiem Piotrkiem zamku z piasku...









Pogoda dopisała, humory dopisały, troszkę wspólnie popracowaliśmy, ale przede wszystkim wspaniale spędziliśmy wspólnie czas. Dla takich chwil warto czekać cały tydzień.



 



A taki jeszcze na koniec kilka zabawnych tekstów Ani.

Redaktorka któregoś dnia zrobiła na obiad barszcz biały, dorzucając do niego pokrojoną szynkę. Ania jedząc zupę tak matce powiedziała:
Ania: "Mamo wiesz, jest tylko jeden problem, ja nie lubię szynek w zupie"- no to matka juz będzie wiedziała.

W czwartek popołudniu odwiedził nas dziadek Marian. Kiedy zapytał Anię co się tego dnia wydarzyło , a miał na myśli przygodę z telewizorem, usłyszał od wnusi:
Ania: " Dziadek wszystko poszło na marne, wszystko ja popsułam"

Wczoraj na działce zrobiłam kawę dla wszystkich. Mój tato coś robił przy warzywach, więc poprosiłam Anię, żeby zawołała dziadka i powiedziała mu , że czeka na niego kawa, na to Ania pobiegła kawałek i z całej siły krzyknęła:
Ania: " Dziadek, dziadek czas na kawę"

Kiedy mieliśmy wracać już z działki do Kielc Ania szybko zareagowała, pełna zwątpienia i zniechęcenia tak rodzicom powiedziała" Mamo ja jeszcze nie chcę się zbierać, ja chcę tu zostać" Dziadkowie maja teraz motywację, żeby szybko kończyć budowę domu : )

Dzisaj ktoś kichnął i odruchowo powiedziałam sto lat, na co Piotrek mi oświadczył, że Ania ostatnio mu wyjaśniała, co następuje " TYato nie mów sto lat, sto lat mówi się, jak ktoś ma urodziny, a jak ktoś kichnie, to mówi się ’na zdrowie’ wiesz"

A najlepsze na koniec. Któregoś dnia Ania przychodzi rano do łóżka mamy i budzi ją , a słowa które wypowiada powodują, że sama się zastanawiam, czy dobrze usłyszałam. A co Ania powiedziała?? Przywitała matkę słowami:
" Bojour Mademoiselle".
A kto ja francuskiego uczy- tego nie wiem : )






Komentarzy: 5 (Komentarze)


Uwaga! Ospa na horyzoncie...
2011-05-12 
Jak w tytule, nasza panna złapała ospę wietrzną. A jakie zaskoczenie dla rodziców to było. W środę panna dzielnie poszła do przedszkola, matka wieczorem dziecia wykąpała- oznak ospy zero. no prawie zero. Pojawiły się dwa zaczerwienienia na skórze, ale ze względu na fakt, że już można spotkać komary, stwierdziłam, że to pewnie  efekt ugryzienia. w czwartkowy poranek szybko się wyszykowałyśmy, odprowadziłam Anie do przedszkola. Zero oznak choroby pod tytułem gorączka, rozdrażnienie. Około godziny trzynastej zadzwoniła pani z przedszkola, że Ania cała zsypana, i że to pewnie ospa. Szybko odebrałam małą i pojechałyśmy prosto do lekarza. Lekarka potwierdziła nasze obawy, przepisała odpowiednie leki i zaleciła zakaz wychodzenia do piątku- patrz dziewięć dni bez spacerów, bez niczego. I tak siedzimy sobie drugi tydzień w domu, wpływu na sytuacje nie mamy, więc staramy się, by ten czas w domu spędzać jak najlepiej. Trudne to zadanie, bo pogoda za oknem iście letnia i człowiek najchętniej wylegiwałby się na zielonej trawce. w takiej sytuacji jeszcze jedno utrudnienie zaistniało- brak możliwości udania się do sklepu na zakupy. Całe szczęście, że dziadkowie są w pobliżu i pojawiają się u nas , żebym mogła wyskoczyć na jakieś zakupy, chociaż w sumie po tych odwiedzinach to i tak do sklepu wychodzić nie muszę, bo dziadek Marianek zawsze smakołyki dla wnusi przywozi.

Przez ten ostatni tydzień Ania malowała farbami, opiekowała sie swoimi kucykami, układała drewniana kolejkę, ułożyła wszystkie puzzle, jakie tylko w domu były, zażyczyła sobie, by rodzicielka  zbudowała jej specjalny "domek" w którym zajmowała się swoimi lalkami, oprócz tego oczywiście oglądała trochę bajek. 

A w dniu dzisiejszym zafundowała redaktorce nie lada atrakcje, tzn. nieomal zrzuciła na siebie telewizor. Telewizor wylądował na podłodze, robiąc w niej dziurę. Na szczęście komoda jakimś cudem się zablokowała, i nie upadła na dziecko. Ania z całej sytuacji wyszła bez szwanku, poza lekkim strachem i chwilą płaczu. Lista strat w postaci telewizora, który nadaje się tylko do wyrzucenia, oraz dziura w panelach  to nic w porównaniu z tym , co mogło się stać. Myślę, ze to dobra nauczka dla niej. Liczę, że podobna sytuacja nie będzie miała już miejsca.

Całe szczęście okres kwarantanny mija jutro, więc, o ile pogoda się nie popsuje, wybędziemy na jakiś spacer, a wieczorem na imieniny do babci Stasi. 













Komentarzy: 0 (Komentarze)



Archiwum:
2008: luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień
2009: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień
2010: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień
2011: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień